Trzeba zrobić wszystko, by wykastrować bezdomność

  • 19.06.2018, 12:28
Trzeba zrobić wszystko, by wykastrować bezdomność
- W Polsce jest dużo schronisk pełnych skrzywdzonych zwierząt i grupa ludzi, którzy na tym bardzo dużo zarabiają, czerpią zyski z bezdomności. Wiadomo, największe pieniądze robi się na wojnie i na nieszczęściu. Z Dorotą Sumińską, lekarzem weterynarii, publicystką, twórczynią audycji telewizyjnych i radiowych, autorką wielu książek dla dzieci i dorosłych, głównie o zwierzętach i podróżach, współpracownikiem Najwyższej Izby Kontroli, a przede wszystkim wielką miłośniczką zwierząt rozmawia Anna Czapla-Furtacz.

Pamięta Pani swoje pierwsze zwierzę?

Nie miałam nigdy pierwszego zwierzaka. One zawsze były wokół mnie. Rodzice mieli zwierzęta, wychowywałam się obok nich, dorastałam z nimi. Były ze mną w każdym momencie życia. I nie jedno. Zawsze wiele.

Ile ich dziś z Panią mieszka?

Dużo za dużo… Dwadzieścia psów i kotów, których nikt by nie chciał, bo są stare, chore, kalekie. Można powiedzieć, że mam w domu zwierzęce hospicjum. Tak przejawia się moja miłość do życia. Moje obserwacje, doświadczenia i przekonania mówią, że akurat zwierzęta są w najgorszej sytuacji i stąd moje zainteresowanie nimi. Szczerze mówiąc na taką wielką gromadę coraz mniej mam sił, wolałabym mieć tylko dwa psy i dwa koty, ale to by oznaczało, że w kraju skończyła się era zwierząt bezdomnych. Marzę, by doczekać takiej chwili, by opuszczonych, skazanych na cierpienie czworonogów po prostu nie było, ale na to potrzeba jeszcze czasu.

Sposób - rozumiem - już jest, bo z tą gotowa receptą przyjechała Pani w czwartek na spotkanie do Piły.

Tak, recepta istnieje. Brzmi krótko: „wykastrować bezdomność”. Trzeba namówić społeczeństwo do tego, żeby kastrowało swoje zwierzęta towarzyszące, żeby nie dopuszczało do ich rozrodu. Wtedy automatycznie gwałtownie spadnie bezdomność zwierząt o czym – jak już wspomniałam- marzę. Marzę, żeby nie było schronisk, jedynie małe, gminne przytuliska, w których na każde zwierzę czeka już kilkoro chętnych. To jest możliwe.

Pomysł „wykastrowania bezdomności” tak naprawdę powstał w głowie Beaty Krupianik, prezeski fundacji Karuna. Ona stworzyła ten program, a ja do niej bardzo chętnie dołączyłam, bo zależy mi na dobru zwierząt równie mocno jak jej. Staramy się wdrożyć ideę w całej Polsce i już w tej chwili widać, że jest dużo osób, które myślą podobnie i w tym cała nasza nadzieja na sukces.

To swego rodzaju rewolucja. Początki chyba nie były łatwe?

Nie były. Chodziłyśmy z Beatą od urzędu do urzędu, od decydenta do decydenta. Prosiłyśmy kogo się dało o pomoc w zlikwidowaniu bezdomności w Polsce. W końcu pojawiłyśmy się w Najwyższej Izbie Kontroli. Prezes Krzysztof Kwiatkowski był pierwszą osobą która po wysłuchaniu powiedziała: tak, pomogę. I zaczął działać.

Myślę, że w ciągu 5-7 lat uda się program zrealizować, ale oczywiście komplikacji nie brakuje. Wciąż natrafiamy na różne przeszkody. Problemem są głównie ludzie, którzy czerpią zyski z bezdomności. Wiadomo, największe pieniądze robi się na wojnie i na nieszczęściu. A w Polsce jest dużo schronisk pełnych skrzywdzonych zwierząt i grupa ludzi, którzy na tym bardzo dużo zarabiają.

Nie można sytuacji uzdrowić zapisami w prawie?

Jeżeli byśmy bezczynnie czekali, aż zmieni się prawo, aż politycy znowelizują ustawę, bezdomność zwierząt rosłaby w tempie kwadratowym, dlatego sami podjęliśmy walkę. Poza tym powiedzmy sobie wprost- jeżeli bezdomność zwierząt będzie tak bardzo rosła jak rośnie teraz i będą powstawały coraz to nowe schroniska, które żyją z bezdomności, to przyjdzie moment, gdzie gminom zabraknie pieniędzy.

Stąd pomysł o kampanii edukującej społeczeństwo i Pani tematyczne podróże po Polsce?

Właśnie. Wspólnie z fundacją Karuna przekonujemy gminy, by wdrożyły program bezpłatnych kastracji i chipowania zwierząt właścicielskich. Uświadamiamy też ludzi, że kastracja to nie okaleczanie. Trzeba ją tylko wykonać w gabinecie cieszącym się dobrą opinią i na zwierzęciu dojrzałym płciowo, w czasie trwania ciszy hormonalnej (po cieczce, po rui). Badania dowodzą, że wykastrowane zwierzę lepiej funkcjonuje i rzadziej zapada na różne nowotwory związane z układem rozrodczym. Mówiąc krótko kastrując zwierzę przedłużamy jego życie oraz humanitarnie ograniczamy bezdomność, co w przyszłości pomoże zmniejszyć ilość schronisk w kraju i pieniędzy podatników, które idą na ich utrzymanie.

Jak Pani to wszystko robi? Prowadzenie praktyki weterynaryjnej na warszawskich Bielanach, opieka nad dwudziestką przygarniętych zwierząt, podróże po Polsce promujące program „kastrujemy bezdomność”, rodzina. A przecież jeszcze udziela się Pani w mediach, prowadzi audycje radiowe. Jeżeli dodam do tego, że ma Pani wolny czas na pisanie książek, to zabrzmi wręcz nieprawdopodobnie.

Wolnego czasu nie mam w ogóle. Książki piszę dla przyjemności i w celach zarobkowych. Robię to w tzw. międzyczasie. Pisze dla dzieci, dla dorosłych, dla wszystkich. Moją słabością są podróże. Planuje je zwykle raz do roku i z każdej takiej podroży powstaje książka.

Gdzie jedzie Pani w tym roku?

Jesienią wybieram się na Madagaskar. W czasie podroży zawsze trafiają mi się fajne i ciekawe przygody, przeżycia. Dla nich właśnie chcę oglądać świat. Najchętniej wybieram miejsca mało zniszczone przez człowieka. Niestety, jest ich coraz mniej.

Z pewnością miała Pani w czasie tych podróży jakieś niezwykłe, bliskie spotkanie z intrygującym zwierzęciem?

Kontakt z każdym zwierzęciem jest niezapomniany, niespotykany, ale ostatnio niesłychana historia przydarzyła mi się nie nad Amazonką czy na Borneo, tylko we własnym domu, na tarasie. Znalazłam tam istotę, którą widziałam po raz pierwszy w życiu. Niewielki owad 1,5 cm długości, wyglądający dokładnie jak te roślinożerne dinozaury z długimi ogonami. Poszukałam opisu. To była wielbłądka.

Na studiach weterynaryjnych o wielbłądkach pewnie nie uczą?

O wielbłądkach nie, już prędzej o wielbłądach... Ale to zupełnie inna sprawa. A wracając do wielbłądki to było niezwykłe przeżycie. Zwłaszcza, że uwielbiam owady. No, może poza komarami i kilkoma innymi dokuczliwymi stworzeniami.

Wiele osób sądzi, że jest Pani córką popularnego przed laty Michała Sumińskiego, prowadzącego program dla dzieci o wdzięcznej nazwie „Zwierzyniec”. To nieprawda?

Nieprawda. Michał Sumiński nie był moim ojcem. Moim tatą był Edward Sumiński, a dziadkiem - Piotr Sumiński.

Dziękuje za rozmowę.

 

Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.dzienniknowy.pl z siedzibą w Pile jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe