Z Sołtysem dookoła świata (cz. 2)

  • 25.09.2018, 19:21 (aktualizacja 25.09.2018 19:31)
 Z Sołtysem dookoła świata (cz. 2)
Hektor:- Jadłem psa na 3 sposoby- w kiełbasce, grillowanego i gotowanego. W Kambodży próbowałem fermentowanych mrówek, sprzedawanych z beczek na targowisku. W Burmie jadłem świetne smażone chrząszcze, na Filipinach- balut- kacze jajka z pisklętami w środku, a w Malezji zupę z jaskółczych gniazd, która według medycyny chińskiej posiada właściwości zdrowotne...

 

Najpierw był przejazd furgonem przez Europę. Na tyle istotny, że zainspirował Martę i Hektora do pozostania na jakiś czas we Francji. Tam zaczął rodzić się plan wielkiej wycieczki. Zebrali fundusze i wyruszyli do Indii. Później były Sri Lanka, Nepal, Bangladesz, Tajlandia i wiele, wiele innych krajów. W sumie objeżdżali świat przez blisko 5 lat. Oto kolejne karty z ich bogatego dziennika podroży...

Zamach stanu i uroki jeziora Inle

Hektor:- Kolejnym przystankiem w wielkiej podróży była Tajlandia. Przepiękna, ale tak turystyczna, że trudno nawiązać z tubylcami prawdziwy kontakt. W Tajlandii zrobiliśmy kurs nurkowania i przeżyliśmy zamach stanu…

Marta: - W Europie moi rodzice umierali ze zdenerwowania, a w Bangkoku turyści robili sobie zdjęcia z żołnierzami. Udało nam się nawet dojść do obozowiska opozycji, ale nie byli otwarci i skorzy do rozmów. Napięta sytuacja polityczna osobom postronnym nie rzucała się zbytnio w oczy. Mogły o niej świadczyć jedynie wszechobecność policji i wojska, pogłoski o zamieszkach i godzina policyjna.

W tzw. międzyczasie Marta i Hektor pojechali do Burmy. Tam zaczęli swą przygodę z Couchsurfingiem (dzięki zalogowaniu na portalu internetowym mogli znaleźć darmowe zakwaterowanie u innych użytkowników portalu w każdym zakątku świata. Couchsurfing obok autostopu jest uważany za jedną z najlepszych metod taniego podróżowania).

W Burmie przyjęła ich Sofija, Chinka z pochodzenia, której rodzina prowadziła szkolę muzyczną i miała hostel. Para podróżników podejmowana więc było w niekonwencjonalny sposób. Miała bowiem okazję poobserwować naukę gry na skrzypcach, a Sofija z rodzeństwem w wolnych chwilach grała im na gitarze.

W Burmie Marta i Hektor odbyli m.in. treking nad jezioro Inle zachwyceni przyrodą i serdecznością ludzi. Przeszli przez prawdziwa burmańską wieś tam, gdzie nie docierają turyści.

Marta:- Wróciliśmy do Tajlandii. Gdzieś na plaży poznaliśmy dwóch Polaków. Byli akrobatami w Makao. Powiedzieli: - Czemu nie przyjedziecie do Makao? No to pojechaliśmy. Ale najpierw był Hongkong. O Hongkongu mieliśmy wyobrażenie, że to wielkie miasto pełne wieżowców. Oczywiście to prawda, ale zaskoczyło nas ogromem terenów zielonych. Były tam też przepiękne, 100-kilometrowe trasy piesze i plaże, zupełnie puste w środku tygodnia. Stamtąd ruszyliśmy promem do Makao.

Jeden z poznanych Polaków pracował w wielkim wodnym show akrobatycznym, a drugi miał własną firmę, uczył dzieci i robił pokazy w dyskotece. Nie spędziliśmy z nimi jednak wiele czasu. Dawna kolonia portugalska, która teraz należy do Chin to dziwny twór, ale taksówki maja najtańsze na świecie.

Zdrowa zupa z jaskółczych gniazd

Kolejnym przystankiem w wielkiej podroży były Filipiny, a pierwszy postój na wyspie Luzon u Jetlyn- dziewczyny, którą poznali podczas trekingu w Himalajach.

Marta:- Filipiny to kraj pod dużym wpływem najpierw Hiszpanów, potem Amerykanów. I te dwie kultury mieszają się z tubylczymi. Jest tam około 80 języków- oficjalny to tagalog z hiszpańskimi naleciałościami. Rozumieliśmy go w dużej części przez co uważano, że umiemy się nim posługiwać.

Na wyspie Palawan zgubiliśmy się w drodze do portu. Natrafiliśmy na gitanos del mar – morskich Cyganów, którzy żyją z połowu skorupiaków i ryb, łowiąc je ręcznie, na bezdechu. Wielu z nich nurkuje bez sprzętu, a są też podobno tacy, którzy potrafią wytrzymać pod wodą do 15 minut, przechadzając się jeszcze po dnie.

Gitanos del mar żyją na wodzie, w wiosce zbudowanej na palach. Zawołali nas, żebyśmy wypili z nimi piwo i zaprosili na karaoke. A trzeba wiedzieć, że karaoke na Filipinach to rozrywka szczególnej rangi. Nie wolno odmówić i każdy musi śpiewać.

Filipiny są przepiękne, ale jedzenie – koszmar dla wegan. Mięso, mięso i jeszcze raz mięso. Raz przez 3 dni jadłam tylko banany. A jak się udało dostać ryż z sosem sojowym to był cud. O niebo lepiej pod tym względem było w Laosie, Kambodży i Wietnamie, gdzie zawitaliśmy na kilka tygodni.

Hektor, który także lubuje się w kuchni wegańskiej, ale nie jest weganinem i od potraw zwierzęcych się nie wzbrania, próbował z ciekawości najdziwniejszych rzeczy:- Jadłem psa na 3 sposoby- w kiełbasce, grillowanego i gotowanego. Gotowany był najlepszy- smakował jak żylasty królik. To specjalna rasa hodowana na mięso. Dziwnie mi tylko było, kiedy podczas degustacji otoczyły mnie inne pieski i prosiły o jedzenie. Widziałem szaszłyki z nietoperzy, ale nie jadłem. Próbowałem za to w Kambodży fermentowanych mrówek, sprzedawanych z beczek na targowisku. Były bardzo dobre. Wcześniej w Burmie jadłem świetne smażone chrząszcze. Zdarzały się też np. skorpiony, a na Filipinach po raz pierwszy próbowałem balut- kaczych jajek z pisklętami w środku. Zalewało się je octem, dodawało zioła i wyjadało środek. Był to rzekomo afrodyzjak.

W późniejszej podróży, gdzieś w Malezji, próbowałem też zupy i napojów z jaskółczych gniazd, które według medycyny chińskiej posiadają właściwości zdrowotne.

Larva migrans

Malezja okazała się krajem wielu kultur i różnorodności. Jadąc stopem Marta i Hektor spotkali rodzinę, w której mężczyzna był z pochodzenia Hindusem, kobieta Chinką, a przy tym oboje byli chrześcijanami. Na stopa zjechali całe północne Borneo, zwiedzając po drodze kilka parków narodowych.

Marta:- Udało nam się zobaczyć orangutany. Nie tylko w rezerwacie, także oko w oko. To było jedno z najbardziej niesamowitych spotkań w czasie całej tej podróży. Siedzieliśmy pod drzewem, pod którym drzemała parka orangutanów. Rozbudziły się, rozejrzały, a później – uznając pewnie, że wkroczyliśmy na ich teren- zaczęły w nas rzucać gałęziami. Na Borneo mieliśmy też inną, dziwną przygodę. Podczas spaceru po plaży Hektor skaleczył się koralowcem i załapał larva migrans – w nodze miał dwie larwy. Widać było jak się pod skórą poruszają. Na szczęście wystarczyła jedna tabletka na pasożyty.

Będąc w Malezji Marta i Hektor postanowili odwiedzić Singapur, gdzie mieli znajomego, którego kilka lat temu gościli we Francji (gdy postanowił przejechać rowerem z Malezji do Londynu). Winston oprowadził ich po mieście i obdarzył książką, którą napisał po swojej podróży. W książce jest zdjęcie Marty i Hektora oraz opis. Niestety, po chińsku.

Z kolei w Brunei odwiedzili poznanego wcześniej Mikaela i spędzili z jego rodziną kilka dni. Z tego wyjazdu wspominają szczególnie brunejskie nocne niebo - ogniście pomarańczowe od wypalania gazu.

Hallo, I want to be your friend

Marta:- Nigdy nie udało nam się dotrzeć do przeludnionej Dżakarty. Były tak potężne korki, że szkoda nam było czasu. Zatrzymaliśmy się pod stolica, u Rity, znajomej z Couchsurfingu i pojechaliśmy do szkoły, gdzie uczą się jej siostrzeńcy. Wszystkie dzieciaki wyległy na dziedziniec szkoły, żeby nas zobaczyć.

W Indonezji odwiedziliśmy znane turystyczne atrakcje. Na Bali jednak spotkało nas rozczarowanie. Rzucił nam się w oczy zły wpływ turystyki na lokalny rozwój. Wiele rzeczy wydaje się tam nieautentycznych i zrobionych tylko pod turystę. Do tego każda rozmowa z tubylcami kończy się pytaniem o pieniądze. Mimo to udało nam się zobaczyć kilka ciekawych rzeczy: tańce w jednej ze świątyń, składanie ofiar z kwiatów i owoców, odwiedziliśmy też wyspę z plantacją alg. Z wyspy Gili wypłynęliśmy statkiem w tygodniowy rejs na Komodo. Ale okazało się, że to też jest park specjalnie zrobiony pod turystów, gdzie zwierzęta przychodzą, bo są dokarmiane. Mieliśmy jednak szczęście widzieć warany przy innej okazji, żyjące na dziko. Była to wysp Flores znana głównie z tego, że są tam jeszcze tubylcze wioski, zbudowane tradycyjnie na palach, a centralną częścią domów są izby z czaszkami osób, oskalpowanych przez przodków. Najstarsi podobno jeszcze pamiętają ich imiona. Do dziś tym czaszkom zostawia się pieniądze jako ofiarę.

Z Flores wyruszyliśmy na Timor, gdzie spotkaliśmy przesympatycznego chłopaka, Juliana. Podszedł do nas na ulicy i powiedział: Hallo, I want to be your friend. Hektor na to: Nikt do mnie jeszcze nic takiego nie powiedział, więc będziesz moim przyjacielem. Julian zaprosił nas do swojej wioski, byliśmy u jego rodziny, coś wspaniałego poznawać kraj w taki sposób. Zawsze, gdy jesteśmy u kogoś w gościnie, staramy się przygotować jakieś nasze jedzenie, z grzeczności i dla kulturowej wymiany. Ugotowaliśmy na palenisku spaghetti. Zeszli się ludzie z całej wsi, a dzieci wchodziły oknami, uznając nas za sensację. Lepiej nie mogliśmy trafić, bo okazało się, że oni nigdy nie jedli makaronu (ale ugotowali do niego jeszcze ryż, bo tam wszystko je się z ryżem). Hektor zrobił tortille i sałatkę z zielonej sałaty. Ta sałata też było nowością, bo na Timorze zielone warzywa się blanszuje.

Timor podzielony jest na dwie części- tę indonezyjską i wschodnią, stanowiącą dawną kolonię portugalską, a od 2002 roku w pełni niepodległą. Odwiedziliśmy obie. Ludzie na timorskiej wsi żyją głównie z uprawy. Co rano Julian wchodził na przydomową palmę i zrywał nam kokosy. Ciekawostka był kuzyn Juliana, który hodował koguty na walki.

Julian zabrał na do wioski, gdzie żyją jeszcze tradycyjne plemiona. Mieliśmy okazję wejść do chatki zrobionej z siana, z jedną izba i paleniskiem pośrodku. A z Timoru polecieliśmy do Darwin w Australii. Tam skończyły nam się pieniądze i zaczął nowy etap podróży.

***

Marta: - Na podstawie tego, co przeżyliśmy w swojej podroży stwierdzamy, że nie ma czegoś takiego jak polska gościnność. Jest ludzka gościnność. Wszędzie na świecie są ludzie otwarci, życzliwi, skorzy do pomocy, a nawet ofiarujący spotkanemu na ulicy obcemu swoją przyjaźń. Zapraszają pod swój dach i nie przyjmują odmowy. W Polsce chyba trudniej byłoby znaleźć osobę czy rodzinę, która nieznanemu, świeżo spotkanemu człowiekowi ofiaruje bezinteresownie nocleg i jedzenie. Wpuszcza do swojego życia, obwozi po okolicy. W podróży zdarzyło nam się to wielokrotnie.

C.D.N.

tekst: Anna Czapla-Furtacz

foto: Marta i Hektor

Zdjęcia (11)

Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.dzienniknowy.pl z siedzibą w Pile jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe