Z Sołtysem dookoła świata (cz. 4)

  • 24.10.2018, 16:01 (aktualizacja 24.10.2018 16:07)
Z Sołtysem dookoła świata (cz. 4)
Byli w podroży przez blisko 5 lat. Marta, Polka, pilanka z urodzenia i wychowania zwana przez znajomych Sołtysem oraz Hektor- mieszkaniec Sewilli, Hiszpan z krwi i kości. Przed laty zamarzyli sobie, by objechać świat dookoła. I właśnie go objechali…

Kwiaty kawy na urodziny

Kolejnym krajem po Nikaragui była Kostaryka. W Kostaryce Marta i Hektor spędzili pół roku. Zaczęli swój pobyt od wolontariatu na dużej planacji drzew na opał. Hektor pomagał przy kozach- doił je, robił sery oraz wyrabiał wina z lokalnych owoców. Resztę czasu spędzili natomiast w centrum kraju, godzinę od stolicy w San Ramon. Kuzyn Hektora, Pako, któregoś razu stwierdził bowiem, że zmienia swoje życie, rzucił pracę profesora rzeźby na uniwersytecie w Madrycie i postanowił gros czasu spędzać właśnie w Kostaryce. Para podróżników złożyła mu wizytę i trochę z nim pobyła. Hektor pomagał mu kończyć rzeźby, a Marta przyrządzała wegańskie potrawy- falafele, samosy itp., które później sprzedawane były na ulicy.

Żyjąc i pracując w Kostaryce poznali mnóstwo ludzi. Niektórzy zlecali im prace przy zbieraniu kawy, porządkowaniu plantacji, zbiorze miodu. Marta pomagała malować i dekorować studio jogi, za co miała darmowe lekcje.

Marta:- Pako mieszkał w strefie kawowej. Otaczały nas pola kawy. W maju, w dniu moich urodzin ta kawa zakwitła. Wzgórza się zabieliły od jej kwiatów, a zapach był niesamowity.

Warzywa w łódkach i białe wzgórza kawowe

Następnym przystankiem w podróży była Panama. Hektor:- Zatrzymaliśmy się w San José de David, w domu rodziców Amilkara, chłopaka, z którym pracowaliśmy będąc we Francji. Znowu zostaliśmy dłużej niż zamierzaliśmy w międzyczasie odwiedzając wyspę Toro, gdzie posmakowaliśmy panamejskiego życia.

Marta, która już w Kostaryce zaczęła urządzać warsztaty kulinarne z wegańskiego gotowania, z powodzeniem powtórzyła przedsięwzięcie dokładając pieniędzy do wspólnej puli funduszy na podroż.

Marta:- Rodzice Amilkara należeli do rotarian. Wiele nam naopowiadali. Później zawieźli nas do Panama City. Tam zabawiliśmy nieco u koleżanki Amilkara. Zajmowaliśmy się jej niewidomym psem. Dzięki Pako skontaktowaliśmy się natomiast z dziewczyną, która organizuje ogrody w łódkach. To niezwykły projekt. Indianom z dżungli w Darien pokazuje się, jak hodować warzywa. Po prostu w łódkach, bo gleba jest tam zbyt podmokła, by na niej urosły jakiekolwiek rośliny. Załapaliśmy się na ten projekt. Trafiliśmy do dżungli, do Hake- ostatniego miasteczka przed granicą z Kolumbią. Przez dwa miesiące pracowaliśmy tam, pomagaliśmy w sanktuarium żółwi morskich (codziennie w nocy i rano chodziliśmy po plaży szukać gniazd świeżo wykopanych przez żółwie i zabieraliśmy te jajka do sanktuarium, żeby ludzie ich nie pokradli). Pomagaliśmy też w szkółce pokojowej- charytatywnym przedszkolu. W zamian za prowadzenie zajęć mieliśmy jedzenie i domek przy plaży.

Hektor zorganizował system wolontariuszy. Nawet namówił okolicznych mieszkańców na datki, by wynagradzać tych, którzy przynoszą do sanktuarium żółwie jaja. Zawiązaliśmy wiele znajomości, które w różny sposób owocowały, Np. zlecano nam prace, których potrzebowaliśmy, by się utrzymać. Hektor pomagał kosić i młócić ryż, piekliśmy na sprzedaż placki kukurydziane i ryżowe.

Rejs na granicy życia i śmierci

Przed podróżnikami pojawiła się szansa, by odwiedzić Indian Embera. Marta:- Problem polegał na tym, że do miejsca pobytu Indian nie można się było dostać bez ich zezwolenia. Na dodatek w dżungli Darien grasują grupy militarne. Los chciał, że akurat kręcony był program dla Discovery. Podróżnik w tym programie szedł od granicy Meksyku i miał za zadanie przedrzeć się przez Darien. Ale obawiano się o jego bezpieczeństwo i ostatecznie nie pozwolono mu pokonać dżungli. Telewizja potrzebowała kogoś, kto sprawdzi, jak wygląda sytuacja po stronie kolumbijskiej. I powiedziano po prostu: Wy chcieliście tam jechać, wy sprawdzicie, a my wam zapłacimy za łódkę. I tak dotarliśmy do Hurado w Kolumbii. Przeprowadziliśmy wywiad z wodzem Indian. Materiał został później wyemitowany przez Discovery. To było dla nas wielkie przeżycie.

W Hurado około tydzień musieliśmy czekać na kolejną łódkę. Droga Panamerykańska jest w tamtym miejscu przerwana i nie sposób wydostać się bezpiecznie lądem. Postanowiliśmy więc z Hurado dopłynąć do następnej miejscowości i stamtąd wyruszyć statkiem do miasta Buenaventura w Kolumbii, gdzie już była droga asfaltowa. Trasa okazała się straszna, na morzu prawie się zgubiliśmy i niemal utonęliśmy. Wejście w ujście rzeki jest piekielnie trudne, bo są mocne fale. Do tego wysokie skały i trzeba wiedzieć, gdzie dokładnie są. Tydzień przed naszym wypłynięciem jedna łódka rozpadła się na dwie części. A nam zepsuł się motor. Wylądowaliśmy na okolicznej plaży, a jak wypłynęliśmy ponownie, zaczęła się burza. Wiatr wiał tak mocny, że nie sposób było otworzyć oczu. Na statku nie było radia, kompasu nic. Przez dużą zmianę temperatur ponad wodą uniosła się mgła i zgubiliśmy ląd. Nasza z pozoru krótka podróż trwała 6.5 godziny. Dopłynęliśmy za daleko. Fale wznosiły się na 3 metry, łódź była mała. Kiedy dopłynęliśmy do stałego lądu powiedziałam, że już nigdy więcej nie wsiądę do łodzi. Myślałam, że tam zginiemy. Ale to jeszcze nie był koniec. W porcie funkcjonowała kawiarenka na palach. Z jednej strony wiodła trasa poza miasteczko, a z drugiej była góra. Cali mokrzy po tym nieszczęsnym rejsie pomyśleliśmy, że wypijemy kawę i się trochę ogrzejemy. Nagle ludzie zaczęli wyskakiwać przez okna. Obok kawiarenki nastąpiło obsunięcie ziemi. Widok straszny, drzewa zjechały do morza. I po raz drugi musieliśmy wsiąść do tej cholernej łódki i wpłynąć do miasteczka z drugiej strony. Po drodze widzieliśmy jak łodzie tonęły. Później przez cały tydzień non stop padał deszcz. Zgniły nam wszystkie ciuchy.

Po wielu trudach ostatecznie dotarliśmy do Buenaventura, ale w międzyczasie zawitaliśmy jeszcze do Viaje de Chihiro w regionie kawowym, gdzie prowadziłam kurs wegański. Byliśmy tam w gościnie u pewnej bardzo ciekawej pary. Pan okazał się wielkim znawcą kawy. Zrobił nam degustację kawy parzonej na zimno, za sprawą kostek lodu. To była najlepsza kawa jaką w życiu piliśmy.

Kolumbia wbrew pozorom jest bezpiecznym i nowoczesnym krajem, gdzie ludzie mają wszystko, co potrzebne do życia. Pomagaliśmy tam m.in. przy organizacji ślubu znajomych. Zrobiliśmy wegańskie zakąski i tort, a z kilku dni pobytu zrobiło się 40. Stamtąd wyruszyliśmy do przepięknego kolonialnego miasteczka Kartageny nad Morzem Karaibskim. Razem z podróżnikami z Argentyny sprzedawaliśmy na plaży mojito. Były jeszcze odwiedziny w Santa Marta ( także nad Morzem Karaibskim), a później wyprawa do Wenezueli, gdzie sporo czasu spędziliśmy w Caracas. Byliśmy w większości regionów turystycznych, w górach - w Meridzie, gdzie jest początek Andów, nad morzem, na pustyni. Weszliśmy nawet na Roraimę- najstarszą górę świata zlokalizowaną na południu Wenezueli. Odbyliśmy w tym celu tygodniowy treking, ale warto było. To na podstawie takiej właśnie wędrówki, obserwacji unikalnej fauny i flory Arthur Conan Doyle napisał Zaginiony Świat.

Selekcja insektów wodnych i mikroskopowe zdjęcia mrówek

Para podróżników przeleciała przez Brazylię, by dostać się do Gujany ( nie można bezpośrednio z Wenezueli). Nieco utknęli, bo Hektor miał problemy z otrzymaniem wizy do Surinamu (Gujana Holenderska). Ale w końcu się udało. -Okazało się – mówi Hektor- że to kolejny wielokulturowy kraj – kraj o charakterze karaibskim, mówi się tam po angielsku, ale zamieszkuje go mnóstwo hindusów i czarnoskórych. W Surinamie byliśmy 2 tygodnie u pana, który mówił o sobie, że jest medium. Urodził się w Papui Nowej Gwinei, a jego żona była z Jawy. Totalny miks kulturowy.

Od żony pana medium Marta nauczyła się szydełkować. Dzięki temu w Gujanie Francuskiej, gdzie zakotwiczyli opuszczając Surinam zarabiała, robiąc łapacze snów.

Marta:- w Gujanie Francuskiej zaprosił nas do siebie Francuz, którego poznaliśmy w Laosie. Spędziliśmy tam rok, głównie pracując. Przez kilka miesięcy Hektor pomagał na koziej farmie, a oprócz tego pracowaliśmy dla francuskiego instytutu badań biologicznych. Hektor selekcjonował insekty wodne, a ja robiłam mikroskopowe zdjęcia mrówkom amazońskim. Przy okazji odwiedziliśmy miejscowość, gdzie zlokalizowana jest europejska baza kosmiczna. Widzieliśmy nawet kilka startów rakiet.

Tam, po przeszło 4,5 rocznym podróżowaniu stwierdziliśmy, że czas odwiedzić rodzinę. Przez Portugalię, Hiszpanię, Francję przyjechaliśmy do Polski.

***

Marta:- Nie mam poczucia, że zrobiliśmy coś wielkiego. Mnóstwo ludzi jeździ po świecie jeszcze więcej i jeszcze dalej od nas. Widzieliśmy sporo, ale nasze apetyty tylko się zwiększyły. Wiemy, co jeszcze chcemy zobaczyć i tych miejsc jest naprawdę ogrom. Została nam chociażby cała Afryka, Rosja. Hektor chciałby koniecznie zobaczyć Islandię i Białoruś.

Hektor zawsze mi mówił, że Polska jest bardzo zielona. Nie zauważałam tego wcześniej, dopiero po powrocie z podróży. Musiałam widać nabrać dystansu. Tak w ogóle wydaje mi się, jak by mnie tu nie było raptem miesiąc, a nie blisko pięć lat. Nie czuję się oświecona, nie czuje się zmieniona, ale jestem szczęśliwa, że dane mi było odbyć taką podroż. Dziś wciąż mam wrażenie, że to wszystko było jak sen.

 

tekst: Anna Czapla-Furtacz

foto: Marta i Hektor

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia (8)

Podziel się:
Oceń:

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.dzienniknowy.pl z siedzibą w Pile jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Białasek
Białasek 29.10.2018, 09:27
Raz Murzyni na pustyni...

Pozostałe