Adrianna, Arkadiusz, Daria
Chrostowscy mieli dwóch synów: Przemka i Jarka. Ale ostatecznie, nagle i niespodziewanie z dwójki dzieci zrobiła się piątka. Dziś, po latach, kiedy każdy znalazł już swoje miejsce na ziemi, wychował dzieci, ma wnuki Daria Burakowska, z domu Chrostowska, wraca pamięcią do czasów dzieciństwa, w którym pięcioro rodzeństwa dzieliło jeden dom, rodzice musieli organizować codzienność niemal jak dobrze działającą fabrykę, a podwórko było całym światem.
Kiedy lekarz oznajmił, że dzieci będzie troje, nie dwoje, trzeba było szybko poczynić działania przystosowawcze. Starsze rodzeństwo: siedmioletni Przemysław i dwuletni Jarosław zostało przeniesione do jednego pokoju. W drugim pojawiły się trzy łóżeczka. Tata Darii z zakładu, w którym wtedy pracował (PNTL) dostał specjalnie wykonany na zamówienie wózek dla trojaczków.
Trojaczki przyszły na świat przez cesarskie cięcie. Najpierw urodziła się Adrianna, później Arkadiusz, a na końcu Daria. Wszystkie dzieci były całkiem duże jak na ciążę potrójną, a co najważniejsze- cała trójka była zdrowa.
Wszystko razy trzy
Po pojawieniu się w domu trójki małych dzieci życie rodzinne nabrało tempa.
– Wiadomo- wspomina Daria- mamie nie było łatwo, bo ona jedna, a dzieci piątka, w tym troje malutkich. Ich pieluchy, ubrania, kąpiele, karmienie, pranie, wszystko razy trzy. Tata w pracy. Czasem do pomocy przychodził do nas jego kuzyn Wojtek. Ale z tego co słyszałam przez lata, mama radziła sobie świetnie. Ludzie wokół ją za to bardzo podziwiali. Opowiadała kiedyś, że jak karmiła jedno dziecko, dwójce pozostałych podawała butelki na uformowanych odpowiednio pieluchach i w sumie wszystkie jadły jednocześnie. Tak taśmowo- śmieje się Daria.
- Pewnie, że trudności było sporo. Chociażby przy okazji chrztu. Skąd wziąć sześcioro chrzestnych naraz? Cześć z nich to po prostu przyjaciele rodziców. Mama mówiła, że najgorzej było, kiedy zaczęliśmy chodzić. Wtedy wszędzie było nas pełno. Wszystko ściągaliśmy, wszędzie chcieliśmy wejść. Byliśmy ciekawscy. Nie można nas było z oka spuścić.
Mama była księgową. Musiała szybko wrócić do pracy, a my poszliśmy do żłobka.
Dni, które mogły trwać bez końca
Rodzina mieszkała w bloku, w trzypokojowym mieszkaniu o powierzchni 64 metrów kwadratowych. Pięcioro dzieci, rodzice i codzienność, ale najmłodszej z trojaczków dom nie kojarzy się z ciasnotą i niedostatkiem. Wręcz przeciwnie. Daria pamięta przede wszystkim podwórko: dzieciaki z sąsiedztwa, rodzeństwo, zabawy i letnie dni, które mogły trwać bez końca. Aż do momentu, gdy mama wołała z okna:– Szybko do domu, bo ciemno! Odpowiedź dzieci była niemal zawsze taka sama: – Jeszcze trochę, mamo! Cudowne to były czasy. Mama robiła nam chleb z masłem i cukrem, a potem polewała go wodą. Uwielbialiśmy to. Obiad? Dla nas wtedy strata czasu, bo tyle czekało fajnych zajęć. Pajda w dłoń i w nogi. Byle tylko być na podwórku.
Daria:- Rodzice byli zaradni. Jako jedni z pierwszych w Trzciance mieli pralkę automatyczną, co przy siedmiorgu domowników było ogromnym ułatwieniem. Kiedy trochę podrośliśmy, w domu pojawił się stały podział obowiązków. Tygodniowy grafik, jedno dziecko odpowiadało za wynoszenie śmieci, inne za obieranie ziemniaków, ktoś miał odkurzać, ktoś przygotowywać surówkę. Każdy wiedział, co należy do niego. Nie było tak, że mama przychodziła z pracy i wszystko musiała robić sama. Mieliśmy swoje zadania. Pomagaliśmy również na działce. Nie zawsze chętnie, jak to dzieciaki. Ale fajnie było, bo można było zjeść jakieś owoce prosto z krzaka. Bez mycia – wspomina ze śmiechem Daria.
Lubiliśmy nawet zupy mleczne
Adrianna, Arkadiusz i Daria razem chodzili do przedszkola, a później do jednej klasy szkoły podstawowej. W przedszkolu nauczycielki często ich chwaliły, że grzeczni, że nie wybrzydzają przy stole i jedzą właściwie wszystko. Nawet zupy mleczne. - Nie było gadania typu tego nie lubię, tamtego nie jem – mówi dziś Daria. - Takie rzeczy nas nie dotyczyły. Wszystko lubiliśmy. Tak mi zostało do dziś. Tylko za rybą jakoś nie przepadam.
Choć nie jesteśmy jednojajowi, w przedszkolu zdarzało się, że trudno nas było rozróżnić. Szczególnie mnie i Adriannę. Miałyśmy przy tym podobne fryzury, co dodatkowo utrudniało zadanie. Do dziś jak ktoś nas widzi, to czasami myli mnie i Adriannę. W kwestii tych podobieństw uważam osobiście, że cała nasza trójka jest podobna przede wszystkim do taty.
Obietnice, rodzina, przyszłość
Narodziny trojaczków były w Trzciance wydarzeniem nie lada. W końcu to pierwsze trojaczki w powojennej historii miasta. Dlatego rodzina budziła zainteresowanie, a temat elektryzował dużo osób, także lokalne władze. Na tyle, że podobno obiecały każdemu z trojaczków z osobna mieszkanie, gdy skończy 18 lat. Niestety, na obietnicy się skończyło, a sprawa została zapomniana.
Daria zbytnio nie roztrząsa kwestii. Mniej pamięta o tym, czego rodzinie nie dano, bardziej co rodzice potrafili stworzyć sami.
Dziś rodzeństwo mieszka w różnych miejscach. Najstarszy brat, Przemek jest kierowcą i – jak mówi Daria – bardzo lubi swoją pracę. Jarek jest w Berlinie i zajmuje się ogrodami. Arkadiusz od około 15 lat mieszka w Finlandii, gdzie pracuje w hucie jako spawacz. Adrianna ukończyła pielęgniarstwo i pracuje w Pile. Daria natomiast pracowała jako pomoc w przedszkolu, później prowadziła sklepik szkolny, obecnie od około 9 lat pracuje w Centrum Doskonalenia Nauczycieli w Pile. Swoje życie rodzinne ułożyła w Trzciance:- Nie chciałabym nigdzie wyjeżdżać. Mała miejscowość jest przytulna. Jestem przywiązana i przyzwyczajona. Duże miasto mnie męczy- podsumowuje. Ma trzech synów. Najstarszy Marcin ma 36 lat, mieszka w Niemczech i ma dwoje dzieci Hanię i Adasia. Drugi, Damian ma 34-lata, mieszka w Trzciance i ma córkę Basię (drugie dziecko w drodze). Najmłodszy, Bartosz, studiuje w Poznaniu.
Rodzina, która kiedyś liczyła ponad dwadzieścia osób i spotykała się przy rodzinnym stole w domu rodziców, dziś jest jeszcze większa – tylko jej członkowie są już rozsiani po różnych miejscach i mają własne rodziny.
Niczego nam nie brakowało,
byliśmy szczęśliwi
W 2015 roku zmarła mama Darii. To był dla niej moment, po którym długo nie mogła się pozbierać. Trzy lata później odszedł tata. Życie zmieniło się bezpowrotnie i już nigdy nie było jak dawniej.
Daria:- Rodzice byli centrum naszego wszechświata. To oni nauczyli nas zaradności, odpowiedzialności i tego, że nawet jeśli nie wszystko jest łatwe, można sobie poradzić. Dziś zostały wspomnienia. O pięciorgu rodzeństwa w jednym mieszkaniu. O trojaczkach, których nie zawsze dało się od siebie odróżnić. O podziale obowiązków. O działce. O podwórku. O głosie mamy wołającej, że już ciemno. I o tych wszystkich wspaniałych, prostych rzeczach jak chleb z masłem, cukrem i wodą.
Choć życie każdego z rodzeństwa potoczyło się inaczej, jedno pozostało wspólne: pamięć o domu, w którym było przytulnie, rodzinnie, ciepło – a przede wszystkim razem.
Daria: – Nie pamiętam, żebyśmy odczuwali, że czegoś nam brakuje. Byliśmy szczęśliwi.
Anna Czapla-Furtacz
Foto: archiwum rodzinne
Darii Burakowskiej

Napisz komentarz
Komentarze