Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
To trzeba wiedzieć:
Reklama

Z Sołtysem dookoła świata (cz. 3)

Byli w podroży przez blisko 5 lat. Marta, Polka, pilanka z urodzenia i wychowania zwana przez znajomych Sołtysem oraz Hektor- mieszkaniec Sewilli, Hiszpan z krwi i kości. Przed laty zamarzyli sobie, by objechać świat dookoła. I właśnie go objechali. Oto kolejne karty z ich bogatego dziennika wyprawy…
Z Sołtysem dookoła świata (cz. 3)

Poprzedni odcinek opowieści zakończył się na Timorze. Stamtąd para podróżników poleciała do Darwin w Australii. W Darwin skończyły się pieniądze. Hektor dla porządku zadał wtedy Marcie pytanie (było oczywiście retoryczne):- Jedziemy dalej, czy wracamy do domu? Zostali w Australii i podjęli pracę.

Winobrania, tasmańskie diabły i wściekłe kangury

Z Darwin ruszyli do Brisbane, gdzie zatrudnili się przy winobraniu, a później już poszło łatwo. W zamian za wikt i dach nad głową pracowali na farmie koni, kopali ogródki. Na kilka miesięcy zakotwiczyli w małej miejscowości pod Melbourne, pomagając przy zbiorze owoców. Przez Couchsurfing poznali Australijczyka, który w międzyczasie zabierał ich na wycieczki. Udało im się poznać Aborygenów, a nawet dotrzeć na Nową Zelandię i Tasmanię .

Marta:- Na Nowej Zelandii spędziliśmy dwa tygodnie. Jest tam przepięknie, choć zwiedziliśmy tylko północną część wyspy, a mówiono nam, że na południowej jest jeszcze ładniej. Na początku podróżowaliśmy autostopem. To niesamowite jak wielu ludzi oferuje ci tam podwózkę (zdarzyło nam się podróżować z Maorysami). Nieraz zatrzymywały się np. dwa pojazdy naraz. Z uwagi na to, że ceny są tam ogromne, zdecydowaliśmy się jednak wynająć samochód, który jednocześnie służył nam za miejsce noclegowe. W Wellington poznaliśmy dziewczynę, wyznająca niesamowitą filozofie życia bez odpadów, w skrócie polegającą na tym, by po prostu żyć minimalistycznie. Jej rodzice mieli plantację winogron. Pojechaliśmy do nich na nocleg, ale pozostaliśmy kilka dni, by pomóc przy winobraniu. Spotkaliśmy tam ich znajomego, jednego z największych znawców wina na całym świecie. Mieliśmy okazję wypić tam jedno z najdroższych win z plantacji.

Na Tasmanie pojechaliśmy na tydzień. To niesamowicie dzikie miejsce. Mnóstwo zwierząt. Na kempingu słyszeliśmy nawet tasmańskie diabły. Podróżowaliśmy wynajętym autem z trzema znajomymi Francuzami. Zatrzymaliśmy się w parku, bo zobaczyli małego kangura. Jeden z kolegów chciał zrobić mu fotkę, a ten się przestraszył i skoczył nam na samochód, robiąc sporo szkód. Kosztowało nas to 700 dolarów...

W Australii parze podróżników udało się odłożyć trochę pieniędzy, dzięki czemu powstał plan dalszej podroży. Opcje były dwie: Lecą do Ameryki bezpośrednio albo za tę samą cenę przez Tajwan i Japonię. Jak myślicie, co wybrali?

Indianie Ojibwe i sześć orłów

Marta:- W Japonii gościliśmy u Takeo (znajomość jeszcze z Nepalu). Zatrzymaliśmy się w Kawasaki, odbyliśmy kilka wycieczek, m.in. do Tokio, Kioto i miasteczek wokół. To inny świat. Japończycy są przesympatyczni i bardziej otwarci niż się spodziewaliśmy. Jedzenie mają przecudowne, świeże, język trudny (obowiązują trzy alfabety), ale na szczęście wszędzie można się porozumieć po angielsku. W Kioto udało nam się trafić na miejscowe święto. Kobiety wyszły na ulice w tradycyjnych, kolorowych kimonach. Było niesamowicie.

Z Japonii ruszyliśmy na Tajwan i zatrzymaliśmy się u znajomej w Tajpej. To jedno z miejsc gdzie są indyjskie wegańskie restauracje i można tu zjeść niezwykłe smażone tofu ze sfermentowanej soi, które zachwyciło mnie od pierwszego kęsa.

A z Tajwanu odbyliśmy podróż w czasie do Kanady. Dosłownie. Wylecieliśmy 23 lipca o godz. 23. 00, w Kanadzie wylądowaliśmy 23 lipca o godz. 19.00. Później Vancouver, Victoria, Montreal i dwumiesięczne zwiedzanie kraju autostopem – w sumie 6,5 tys. km dróg i bezdroży, spotkania z nadzwyczajnymi ludźmi, a nawet groźnym niedźwiedziem...

W Kanadzie pracowaliśmy przy zbiorze owoców. Raz nocowaliśmy trochę na dziko na plantacji brzoskwiń, gdzie w nocy przychodziły kojoty. Kiedy indziej zdarzyło nam się spać w kościele zamienionym na galerię sztuki. Pod koniec wycieczki utknęliśmy w Ontario, daremnie czekając na jakiegoś stopa. Robiło się ciemno, a tu żywej duszy, żadnego pojazdu. Na szczęście zatrzymała się para Indian. Spojrzeli na naszą tabliczkę i powiedzieli: Możemy was zabrać, ale musimy najpierw zboczyć 100 km. do naszego rezerwatu. Rano ruszymy dalej. Był piątek. W rezerwacie Indian Ojibwe w najlepsze trwało pow-wow. Pełnia księżyca, indiańskie tańce, coś niesamowicie magicznego. Kobiety zabrały nas na rytuały, wrzucaliśmy do ogniska tytoń jako ofiarę za przodków, tańczyliśmy z nimi w kręgu. Zostaliśmy przez cały weekend, widzieliśmy ceremonię oficjalnego otwarcia pow-wow, zbierałam z kobietami liście trawy sweet grass, z której plecie się warkoczyki (tradycyjnie stosowane przez Indian w celu oczyszczania i okadzania się. Warkocz musi zawierać 21 kłosów). Ale najbardziej niesamowity okazał się taniec orłów. W czasie tego tańca przyleciało sześć orłów, które krążyły nad kręgiem tak długo, póki nie skończył się taniec. Indianie mówili, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie widzieli. Mieli łzy w oczach. Mnie też spotkało u Indian dużo magii. W rezerwacie, do którego trafiliśmy później spotkałam Jacqueline. To była jedna z najbardziej niesamowitych kobiet, jakie w życiu poznałam.

Zobaczcie, że w Meksyku są najlepsze imprezy...na grobach

Kolejnym przystankiem w podroży Marty i Hektora był Meksyk. W Playa del Carmen na Jukatanie zatrzymali się u znajomej Hiszpanki, która tam mieszka i pracuje jako trener osobisty.

Hektor:- Byliśmy na plaży w czasie, gdy wzeszedł czerwony księżyc. Tańczono z ogniami, niesamowita atmosfera. Odwiedziliśmy dzielnicę poza Playa del Carmen, gdzie mieści się alternatywne miasteczko niedostępne dla turystów- na górze są domy, a pod spodem cenoty- naturalne studnie ze słodką wodą. Później zwiedziliśmy najważniejsze zabytki na Jukatanie, stamtąd pojechaliśmy do Belize, a z Belize do Chiapas- miasteczka zapatystów. Przydarzyła się również wizyta w San Cristobal de las Casas. Znajduje się tam kościół, gdzie wymieszane są tradycyjne wierzenia z chrześcijaństwem. W kościele tym np. składa się ofiary z kurczaków. Oczywiście nie obyło się też bez wizyty w Mexico City, gdzie spędziliśmy nieco więcej czasu zwiedzając całą okolicę.

Jednym z najbardziej niesamowitych przeżyć w tej części świata było meksykańskie święto zmarłych. Przytrafiło nam się w Oaxaca. Obchodzono je bardzo hucznie. Raz, kiedy mijaliśmy miejscowy cmentarz, siedzący na nagrobkach pijani panowie zaczęli nas przywoływać. Podeszliśmy, a oni: chodźcie, macie piwo. I zaczęli wymieniać po kolei: Tu leży moja siostra... Przedstawiam wam moją mamę... Wypijmy ich zdrowie... Tylko na początku się dziwiliśmy. Na cmentarzu mariachi grali ulubione pieśni konkretnych zmarłych, odbywały się głośne pikniki na nagrobkach z jedzeniem i piciem.

Marta: - W Meksyku każda dzielnica i miasteczko mają swoją własną fiestę z okazji święta zmarłych. Na chodnikach np. usypuje się piękne pisakowe dywany, organizowane są pochody, ludzie się przebierają, tańczą, gra orkiestra. I ciągle ktoś proponuje: spróbuj alkohol zrobiony przez moją żonę..., ze mną się napij… albo ze mną. Zobaczcie, w Meksyku są najlepsze imprezy... Kilka nocy z rzędu czciliśmy z miejscowymi to święto zmarłych, aż brakowało sił… I nie było gadania, że już nie chcesz...

Corn Island- zagubieni w raju

Marta: - W Gwatemali przeżyliśmy trzęsienie ziemi. W okolicach Antigua wspięliśmy się na del Fuego- wulkan, który niedawno wybuchł. Słychać tam pracującą pod spodem lawę. W Livingston trafiliśmy na święto Garifuna- potomków rozbitków, którzy się wymieszali z Indianami z wyspy Sant Vincent- ostatniego bastionu Karaibów. O 5 rano zrobili inscenizację dopłynięcia pierwszych Garifuna.

Z kolei w Hondurasie byliśmy praktycznie przejazdem. Większość czasu spędziliśmy na wyspie Utila gdzie Hektor robił kolejny certyfikat z nurkowania, a ja w zamian za nurkowanie i noclegi namalowałam szyld do szkoły nurkowej. Na Utili mieszkają potomkowie piratów. Przynajmniej tak o sobie mówią.

Skróciliśmy pobyt w Hondurasie, by mieć czas na Nikaraguę i Salwador, choć mieszkańcy Hondurasu odradzali mówiąc, że nic tam nie ma... W Salwadorze znajomy zorganizował nam wyjazd do Santa Marta. Mieliśmy tam okazję zobaczyć szpital ukryty w budowanych ręcznie bunkrach, posłuchać o krwawej historii narodu. Zamieszkaliśmy w domu jednej z kobiet, z którą chodziliśmy co rano mielić kukurydzę na placki. To bardzo ciekawy region, funkcjonujący na zasadzie komun- wspólne ogródki, inicjatywy społeczne, farma permaculture itp.

W Nikaragui natomiast odwiedziliśmy bardzo urokliwe miasto - Granadę, ale większość czasu spędziliśmy na Corn Island. Kiedy tam płynęliśmy, zepsuł się statek. Utknęliśmy w porcie, dryfowaliśmy, w końcu dobiliśmy. To były przepiękne, prawdziwe Karaiby. Na statku poznaliśmy mnóstwo mieszkańców, którzy nas później do siebie zapraszali. Ale przez huragan nie mogliśmy później stamtąd powrócić. Po zatonięciu jednego ze statków, gdzie zginęło 13 Kostarykan zakazano rejsów. Utknęliśmy w raju, kończyło się jedzenie, zmieniono przepisy podróżowania. W końcu zaczęły się zamieszki. Kiedy wreszcie opuszczaliśmy wyspę, widzieliśmy czarny dym z podpalonych na lotnisku budynków.

Hektor:- W Nikaragui spędziliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok. Miejscowi podpalają wtedy o północy wielką kukiełkę Hiszpanki, która ma w środku petardy. Widzieliśmy też dziwny zwyczaj robienia konstrukcji z papieru z przyczepionymi petardami, którą ludzie trzymają nad głowami, podpalają i biegają.

W Nikaragui skończył się nam drugi rok podroży.

***

Marta:- W tej podróży widzieliśmy wiele. Nabrałam pewności, że ludzie wszędzie są tacy sami. Wszyscy chcemy tego samego: bezpieczeństwa, spokoju, zdrowia i żeby być z rodziną. Inne są tylko uwarunkowania kulturowe. Nauczyliśmy się też, że człowiekowi potrzeba naprawdę niewiele rzeczy. Przez czas trwania naszej wyprawy mieliśmy całe życie spakowane w jednym plecaku. I wystarczyło.

C.D.N.

tekst: Anna Czapla-Furtacz

foto: Marta i Hektor

 



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Ostatnie komentarze
Autor komentarza: Mea Treść komentarza: I całe szczęście, bo Mariusz umie do dziewięciu! Reszta, to mnóstwo jak u Kalego w pustyni i w puszczy. Data dodania komentarza: 5.10.2026, 20:12 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: Sony Treść komentarza: Ale jest tylko dziewięć! Data dodania komentarza: 5.10.2026, 14:06 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: Don Corleone Treść komentarza: Faktycznie jest to bardzo ciekawy przypadek, jak odkrycie trzynastej planety układu słonecznego. Data dodania komentarza: 5.10.2026, 12:57 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: Bonasera Treść komentarza: Ciągle nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak Mariusz Józef Szalbierz ustalił jakoby matka Janusza Lemanowicza była kurwą! Czy jest procedura umożliwiająca takie odkrycia? Czy Mariusz Józef Szalbierz informując opinię publiczną, choćby powiatową, był już w roku 2006 absolwentem bydgoskiej szkoły wyższej, politologii o kierunku dziennikarstwo? Może tam przechodził szkolenie specjalistyczne, analizy instrumentalne lub organoleptyczne trucheł z piętnastoletnim stażem w trumnie? Data dodania komentarza: 5.10.2026, 12:46 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: szczegóły Treść komentarza: Czy 14 kwietnia 2006 na korytarzu sądu rejonowego w Wałczu, Stokłosa powołał Grupę Pościgowo-Szpiegującą 100Kłosy? Czy ustanowił Mariusz Józefa Szalbierza ze wsi Białośliwie 4.I.72 na herszta tej organizacji typu razdiwedki sowieckiej "Smiersz"? Data dodania komentarza: 5.10.2026, 09:26 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: Było, nie minęło Treść komentarza: Minęły 22 lata od powołania Stowarzyszenia Ekologicznego Przyjaciół Ziemi Nadnoteckiej (15.07.2004). To dystans jednego pokolenia. Przeciwko temu ruchowi obywatelskiemu Stokłosa zorganizował sitwę nienawistników instytucjonalnych zadaniowanych do upodlania życia poszczególnym osobom zaangażowanym w pracę, której celem było ucywilizowanie działalności Farmutilu, przedsiębiorstwa utylizacyjnego tyleż niezbędnego, co uciążliwego dla wielkich grup mieszkańców północnej Wielkopolski. W sitwie dowódców hejtu szczególną zawziętością i zbrodniczą inicjatywą medialną wyróżnił się Mariusz Józef Szalbierz ze wsi Białośliwie, niegdyś redaktor naczelny Tygodnika Nowego a teraz wydawca i administrator portalu faktypilskie.pl i miesięcznika o cechach ulotki reklamowej. Jako totumfacki Stokłosy ściga medialnie Janusza Lemanowicza dopuszczając się wobec niego i jego rodziny występków i zbrodni. Te czyny prawo polskie ucieleśnione w sędziach: Płóciennik, Sygrela oceniło jako drobne przykrości. Janusz Lemanowicz uważa inaczej, że są to przejawy dzikości, nieokrzesania, hodowanych wytrwale dla wygodnego życia bez troski o jedzenie, picie i powroty do trzeźwości. Mariusz Szalbierz nie zdobył się choć słowem ujawnić zasadność swojej roboty dyfamacyjnej, nie wytłumaczył się z plugawych epitetów serwowanych w mediach, kiedy ukradł wolność i wyszabrował tożsamość Janusza Lemanowicza zgłaszając go do konkursu Kameleon2005, pomawiając matkę, jakoby była za życia kurwą. Mariusz Szalbierz jest i będzie ścigany za te zbrodnie mimo stosowania cenzury według modelu radzieckiego. Data dodania komentarza: 5.10.2026, 09:21 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO
Reklama
Reklama