Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
To trzeba wiedzieć:
Reklama

Z Sołtysem dookoła świata (cz. 4)

Byli w podroży przez blisko 5 lat. Marta, Polka, pilanka z urodzenia i wychowania zwana przez znajomych Sołtysem oraz Hektor- mieszkaniec Sewilli, Hiszpan z krwi i kości. Przed laty zamarzyli sobie, by objechać świat dookoła. I właśnie go objechali…
Z Sołtysem dookoła świata (cz. 4)

Kwiaty kawy na urodziny

Kolejnym krajem po Nikaragui była Kostaryka. W Kostaryce Marta i Hektor spędzili pół roku. Zaczęli swój pobyt od wolontariatu na dużej planacji drzew na opał. Hektor pomagał przy kozach- doił je, robił sery oraz wyrabiał wina z lokalnych owoców. Resztę czasu spędzili natomiast w centrum kraju, godzinę od stolicy w San Ramon. Kuzyn Hektora, Pako, któregoś razu stwierdził bowiem, że zmienia swoje życie, rzucił pracę profesora rzeźby na uniwersytecie w Madrycie i postanowił gros czasu spędzać właśnie w Kostaryce. Para podróżników złożyła mu wizytę i trochę z nim pobyła. Hektor pomagał mu kończyć rzeźby, a Marta przyrządzała wegańskie potrawy- falafele, samosy itp., które później sprzedawane były na ulicy.

Żyjąc i pracując w Kostaryce poznali mnóstwo ludzi. Niektórzy zlecali im prace przy zbieraniu kawy, porządkowaniu plantacji, zbiorze miodu. Marta pomagała malować i dekorować studio jogi, za co miała darmowe lekcje.

Marta:- Pako mieszkał w strefie kawowej. Otaczały nas pola kawy. W maju, w dniu moich urodzin ta kawa zakwitła. Wzgórza się zabieliły od jej kwiatów, a zapach był niesamowity.

Warzywa w łódkach i białe wzgórza kawowe

Następnym przystankiem w podróży była Panama. Hektor:- Zatrzymaliśmy się w San José de David, w domu rodziców Amilkara, chłopaka, z którym pracowaliśmy będąc we Francji. Znowu zostaliśmy dłużej niż zamierzaliśmy w międzyczasie odwiedzając wyspę Toro, gdzie posmakowaliśmy panamejskiego życia.

Marta, która już w Kostaryce zaczęła urządzać warsztaty kulinarne z wegańskiego gotowania, z powodzeniem powtórzyła przedsięwzięcie dokładając pieniędzy do wspólnej puli funduszy na podroż.

Marta:- Rodzice Amilkara należeli do rotarian. Wiele nam naopowiadali. Później zawieźli nas do Panama City. Tam zabawiliśmy nieco u koleżanki Amilkara. Zajmowaliśmy się jej niewidomym psem. Dzięki Pako skontaktowaliśmy się natomiast z dziewczyną, która organizuje ogrody w łódkach. To niezwykły projekt. Indianom z dżungli w Darien pokazuje się, jak hodować warzywa. Po prostu w łódkach, bo gleba jest tam zbyt podmokła, by na niej urosły jakiekolwiek rośliny. Załapaliśmy się na ten projekt. Trafiliśmy do dżungli, do Hake- ostatniego miasteczka przed granicą z Kolumbią. Przez dwa miesiące pracowaliśmy tam, pomagaliśmy w sanktuarium żółwi morskich (codziennie w nocy i rano chodziliśmy po plaży szukać gniazd świeżo wykopanych przez żółwie i zabieraliśmy te jajka do sanktuarium, żeby ludzie ich nie pokradli). Pomagaliśmy też w szkółce pokojowej- charytatywnym przedszkolu. W zamian za prowadzenie zajęć mieliśmy jedzenie i domek przy plaży.

Hektor zorganizował system wolontariuszy. Nawet namówił okolicznych mieszkańców na datki, by wynagradzać tych, którzy przynoszą do sanktuarium żółwie jaja. Zawiązaliśmy wiele znajomości, które w różny sposób owocowały, Np. zlecano nam prace, których potrzebowaliśmy, by się utrzymać. Hektor pomagał kosić i młócić ryż, piekliśmy na sprzedaż placki kukurydziane i ryżowe.

Rejs na granicy życia i śmierci

Przed podróżnikami pojawiła się szansa, by odwiedzić Indian Embera. Marta:- Problem polegał na tym, że do miejsca pobytu Indian nie można się było dostać bez ich zezwolenia. Na dodatek w dżungli Darien grasują grupy militarne. Los chciał, że akurat kręcony był program dla Discovery. Podróżnik w tym programie szedł od granicy Meksyku i miał za zadanie przedrzeć się przez Darien. Ale obawiano się o jego bezpieczeństwo i ostatecznie nie pozwolono mu pokonać dżungli. Telewizja potrzebowała kogoś, kto sprawdzi, jak wygląda sytuacja po stronie kolumbijskiej. I powiedziano po prostu: Wy chcieliście tam jechać, wy sprawdzicie, a my wam zapłacimy za łódkę. I tak dotarliśmy do Hurado w Kolumbii. Przeprowadziliśmy wywiad z wodzem Indian. Materiał został później wyemitowany przez Discovery. To było dla nas wielkie przeżycie.

W Hurado około tydzień musieliśmy czekać na kolejną łódkę. Droga Panamerykańska jest w tamtym miejscu przerwana i nie sposób wydostać się bezpiecznie lądem. Postanowiliśmy więc z Hurado dopłynąć do następnej miejscowości i stamtąd wyruszyć statkiem do miasta Buenaventura w Kolumbii, gdzie już była droga asfaltowa. Trasa okazała się straszna, na morzu prawie się zgubiliśmy i niemal utonęliśmy. Wejście w ujście rzeki jest piekielnie trudne, bo są mocne fale. Do tego wysokie skały i trzeba wiedzieć, gdzie dokładnie są. Tydzień przed naszym wypłynięciem jedna łódka rozpadła się na dwie części. A nam zepsuł się motor. Wylądowaliśmy na okolicznej plaży, a jak wypłynęliśmy ponownie, zaczęła się burza. Wiatr wiał tak mocny, że nie sposób było otworzyć oczu. Na statku nie było radia, kompasu nic. Przez dużą zmianę temperatur ponad wodą uniosła się mgła i zgubiliśmy ląd. Nasza z pozoru krótka podróż trwała 6.5 godziny. Dopłynęliśmy za daleko. Fale wznosiły się na 3 metry, łódź była mała. Kiedy dopłynęliśmy do stałego lądu powiedziałam, że już nigdy więcej nie wsiądę do łodzi. Myślałam, że tam zginiemy. Ale to jeszcze nie był koniec. W porcie funkcjonowała kawiarenka na palach. Z jednej strony wiodła trasa poza miasteczko, a z drugiej była góra. Cali mokrzy po tym nieszczęsnym rejsie pomyśleliśmy, że wypijemy kawę i się trochę ogrzejemy. Nagle ludzie zaczęli wyskakiwać przez okna. Obok kawiarenki nastąpiło obsunięcie ziemi. Widok straszny, drzewa zjechały do morza. I po raz drugi musieliśmy wsiąść do tej cholernej łódki i wpłynąć do miasteczka z drugiej strony. Po drodze widzieliśmy jak łodzie tonęły. Później przez cały tydzień non stop padał deszcz. Zgniły nam wszystkie ciuchy.

Po wielu trudach ostatecznie dotarliśmy do Buenaventura, ale w międzyczasie zawitaliśmy jeszcze do Viaje de Chihiro w regionie kawowym, gdzie prowadziłam kurs wegański. Byliśmy tam w gościnie u pewnej bardzo ciekawej pary. Pan okazał się wielkim znawcą kawy. Zrobił nam degustację kawy parzonej na zimno, za sprawą kostek lodu. To była najlepsza kawa jaką w życiu piliśmy.

Kolumbia wbrew pozorom jest bezpiecznym i nowoczesnym krajem, gdzie ludzie mają wszystko, co potrzebne do życia. Pomagaliśmy tam m.in. przy organizacji ślubu znajomych. Zrobiliśmy wegańskie zakąski i tort, a z kilku dni pobytu zrobiło się 40. Stamtąd wyruszyliśmy do przepięknego kolonialnego miasteczka Kartageny nad Morzem Karaibskim. Razem z podróżnikami z Argentyny sprzedawaliśmy na plaży mojito. Były jeszcze odwiedziny w Santa Marta ( także nad Morzem Karaibskim), a później wyprawa do Wenezueli, gdzie sporo czasu spędziliśmy w Caracas. Byliśmy w większości regionów turystycznych, w górach - w Meridzie, gdzie jest początek Andów, nad morzem, na pustyni. Weszliśmy nawet na Roraimę- najstarszą górę świata zlokalizowaną na południu Wenezueli. Odbyliśmy w tym celu tygodniowy treking, ale warto było. To na podstawie takiej właśnie wędrówki, obserwacji unikalnej fauny i flory Arthur Conan Doyle napisał Zaginiony Świat.

Selekcja insektów wodnych i mikroskopowe zdjęcia mrówek

Para podróżników przeleciała przez Brazylię, by dostać się do Gujany ( nie można bezpośrednio z Wenezueli). Nieco utknęli, bo Hektor miał problemy z otrzymaniem wizy do Surinamu (Gujana Holenderska). Ale w końcu się udało. -Okazało się – mówi Hektor- że to kolejny wielokulturowy kraj – kraj o charakterze karaibskim, mówi się tam po angielsku, ale zamieszkuje go mnóstwo hindusów i czarnoskórych. W Surinamie byliśmy 2 tygodnie u pana, który mówił o sobie, że jest medium. Urodził się w Papui Nowej Gwinei, a jego żona była z Jawy. Totalny miks kulturowy.

Od żony pana medium Marta nauczyła się szydełkować. Dzięki temu w Gujanie Francuskiej, gdzie zakotwiczyli opuszczając Surinam zarabiała, robiąc łapacze snów.

Marta:- w Gujanie Francuskiej zaprosił nas do siebie Francuz, którego poznaliśmy w Laosie. Spędziliśmy tam rok, głównie pracując. Przez kilka miesięcy Hektor pomagał na koziej farmie, a oprócz tego pracowaliśmy dla francuskiego instytutu badań biologicznych. Hektor selekcjonował insekty wodne, a ja robiłam mikroskopowe zdjęcia mrówkom amazońskim. Przy okazji odwiedziliśmy miejscowość, gdzie zlokalizowana jest europejska baza kosmiczna. Widzieliśmy nawet kilka startów rakiet.

Tam, po przeszło 4,5 rocznym podróżowaniu stwierdziliśmy, że czas odwiedzić rodzinę. Przez Portugalię, Hiszpanię, Francję przyjechaliśmy do Polski.

***

Marta:- Nie mam poczucia, że zrobiliśmy coś wielkiego. Mnóstwo ludzi jeździ po świecie jeszcze więcej i jeszcze dalej od nas. Widzieliśmy sporo, ale nasze apetyty tylko się zwiększyły. Wiemy, co jeszcze chcemy zobaczyć i tych miejsc jest naprawdę ogrom. Została nam chociażby cała Afryka, Rosja. Hektor chciałby koniecznie zobaczyć Islandię i Białoruś.

Hektor zawsze mi mówił, że Polska jest bardzo zielona. Nie zauważałam tego wcześniej, dopiero po powrocie z podróży. Musiałam widać nabrać dystansu. Tak w ogóle wydaje mi się, jak by mnie tu nie było raptem miesiąc, a nie blisko pięć lat. Nie czuję się oświecona, nie czuje się zmieniona, ale jestem szczęśliwa, że dane mi było odbyć taką podroż. Dziś wciąż mam wrażenie, że to wszystko było jak sen.

 

tekst: Anna Czapla-Furtacz

foto: Marta i Hektor

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Białasek 29.10.2018 09:27
Raz Murzyni na pustyni...

Reklama
Ostatnie komentarze
Autor komentarza: definicja Treść komentarza: Szalbierze, to z definicji oszuści, złodzieje, wydrwigrosze,, farmazony. Data dodania komentarza: 5.08.2026, 21:20 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: funerał Treść komentarza: Szalbierz nigdy nie był dziennikarzem. Data dodania komentarza: 5.08.2026, 20:54 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: lj Treść komentarza: Na portalu faktypilskie.pl działa upiór żurnalistyki wiejskiej Mariusz szalbierz Józef (lat 63,8). Co on ma do zaproponowania adwersarzowi, ktremu nie daje rady? Ma to " Error 1006 Ray ID: a267f4dc2cc0eeb9 • 2026-08-05 18:45:01 UTC Access denied What happened? The owner of this website (faktypilskie.pl) has banned your IP address (37.209.146.90). Please see https://developers.cloudflare.com/support/troubleshooting/http-status-codes/cloudflare-1xxx-errors/error-1006/ for more details. Was this page helpful? Cloudflare Ray ID: a267f4dc2cc0eeb9 • Your IP: • Performance & security by Cloudflare". To śmierć dziennikarstwa z rozkładem. Data dodania komentarza: 5.08.2026, 20:52 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: Epitafium Treść komentarza: Andrzej, Tomek i Renata Morozowski i Sekielski, jeden oko, drugi ucho Umawiają się z Renatą, by dokopać znów Kaczuchom. Gadaj, że masz dość tyrana i porzucasz stare śmiecie. Świruj tak, jak trenowałaś. Tyle zapamiętasz przecież! Masz kamerę, masz mikrofon, ustaw wszystko w tajemnicy, A gdy przyjdą chłopcy z pisu, masz pilota przy donicy, Wciśnij rec, nie pomyl tylko, żeś jest tępa wszyscy wiemy. Kiedy nagrasz swoje trele, Kaczorom dzioby urwiemy. Wielki teatr, wielki dramat. Tu Renata - Nasza Szkapa, Tam Sekielski z Morozowskim trenują Flipa i Flapa. Już zasuwa Renia z werwą, cieszy się, że ją wybrali. Kocha przecież lewe sztuczki, w kantowaniu jest na fali. Podpuścili ją cwaniacy, że to dla Ojczyzny miłej, Że co dobre i szlachetne, ze Złotowa jest i z Piły. Bo Naszkowski tajny agent, bo poseł Józef Skowyra, Ciechanowski, Lech Kozaczko i Renia, wioskowa pyra. W tym nastroju pełnym chwały zaprasza Mojzesowicza Chętnie by zgrzeszyła z Wojtkiem, niech by nawet pękła prycza Gdy kurrwiki gęstą strugą, jak z sieczkarni sypią z oczu. Nie zawiedzie dziennikarzy, nie zostanie na uboczu. Chuć, cóż znaczy w życiu mojem, kiedym pro publico bono Dla Ojczyzny poświęciła swoją cześć i swoje łono? Więc do rzeczy, do roboty. Mrugnie oczkiem, zaświruje Ale gadkę tak ustawia, jak Sekielski instruuje. Ten jak dynia rozdymany, jeszcze go ambicja zżera. Michnik, to dla niego pikuś. On jest godzien oficera, Co ze szklanką przy podłodze słucha, jak sąsiedzi ględzą, Czy na władzę narzekają, szczają w zlew, czy bimber pędzą. Renia płacze, wzdycha, rzęzi, że pieniędzy wciąż za mało, Odda władzy wykonawczej umysł swój, duszę i ciało. Choćby sekretarzem stanu, o urodzaj wciąż się modlę Tylko Lepper spod Darłowa wekslami mnie straszy podle. Co tu robić, radź kolego, jesteś przecież radcą stanu! Ja mam werwę do rządzenia, służyć chcę każdemu panu. Byle tylko przy korycie, niechby tylko parę złotych Zrobię striptiz, zrobię szpagat, ale dajcie mi robotę. Wojtek mądry, lecz za cienki. Prosi zatem Lipińskiego, Ty masz wejścia u Kaczora, a więc załatw coś kolego. Adaś zwija się i kręci, po siwiźnie swej się drapie Co tu począć, co obiecać, co tu przyrzec grubej szkapie? Chociaż była w koalicji, w coś innego dzisiaj gramy. Chodzi o to, żeby dając, było tak, że nic nie damy. Renia wszystko zniesie, ścierpi na fotel ministra dyba Dla niej ważne, by nie szkapa, ale żeby była ryba. Byle wyżej, byle więcej, niechby tydzień tam, na górze. Chce być gwiazdą, dla rozgłosu zatańczy choćby przy rurze. A w kibelku Morozowski siedzi w kącie jak ta mysza Boi nawet się poruszyć, musi być grobowa cisza! Co to będzie, gdy Lipiński odkryje mnie w tym salonie, Kiedy zechce się wysikać, lub co gorsza siąść na tronie? Taka praca, taka służba, choć ze strachu pełno w porach. Muszę wstrzymać, muszę ścierpieć. Cel jest jeden: śmierć Kaczora. Nie fizyczna, oczywiście, polityczna, ma się wiedzieć Strach przemogę, ścisnę zadek i pokornie będę siedzieć. Dla tej myśli, dla idei nie żal sterczeć w muszli glacą. Czuję: Wiatr historią kręci, a ja jestem paparazzo. Nic to, że tu brzydko pachnie. Bąki smrodne puszczam wkoło. Kaczki trzeba wyrżnąć obie, będzie miło i wesoło. Wyszedł Adam do Kaczora. Konsultuje wszystkie dane. Premier na to: Głupie babsko, a w dodatku jest karane. Takich w rządzie nie potrzeba. Ja nie zgadzam się i basta. Nie po to zdobyłem władzę, by nią lekkomyślnie szastać! U mnie musi być uczciwa sekretarka i sprzątaczka. To jej powiedz. Ostatecznie.Tak postanowiła Kaczka. Woła Andrzej do Tomasza podsłuchując stetoskopem W izbie obok pochylony przy wannie, z głową za klopem: Ot nieładnie, Tomek słuchaj, łap słuchawkę, dawaj ucho. Renia ryczy, bo Kaczory wyrąbali ją na sucho. Ale my stąd wyciągniemy co się da, jak burżuj z nędzy. Dla Ojczyzny, dla splendoru, a szczególnie dla pieniędzy. Wiemy dobrze, twarde boje, to nie czas na czułe słówka. Tam Ojczyzna, tam też splendor, gdzie szefostwo i gotówka. My są zwarci, my gotowi, dziennikarze obcych nacji: Możemy świat opisywać, gotowiśmy do kreacji. Tego uczył nas Sanhedryn, Karol Marks - jak świat oceniać. Bo nie ważne - opisywać. Chodzi o to, żeby zmieniać. Inny duch, inny obyczaj, czas Wodnika, nowej ery, Dwaj żołnierze obcej armii z TeVaueN 24: Lewą marsz! Kaczorom śmierć! Wojna na górze, to nasze sny. Inni się wczoraj nachapali, za to Teraz Kuurwa My! 3 października 2006. Leman Data dodania komentarza: 5.08.2026, 13:09 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: sztuka kochania Treść komentarza: Zbrodnie zabójstwa wymagają 40 lat do przedawnienia. Inne 20 lat. Ale kiedy się złoży zbrodnie szabru tożsamości i wolności plus gwałtu dla pobrania gamety do terrarium, to jest gorzej niż zbrodnia zabójstwa, morderstwa. Dlaczego? Bo z jednej garści żyjątek mogłoby powstać wiele nowych istnień a sezonowanie nośników deena w terrarium likwiduje cel jakim jest powołanie nowego życia. To jest zatem zbiorowa zbrodnia zabójstwa in spe. Data dodania komentarza: 5.08.2026, 12:34 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO Autor komentarza: JL Treść komentarza: Jest nadzieja, że Mariusz Szalbierz, autor nieukaranej do dzisiaj zbrodni szabru wolności i kradzieży tożsamości Janusza Lemanowicza, nie dobierze się do cenzurowania portalu dzienniknowy.pl, chociaż jako sztyft redakcyjny Tygodnika Nowego może próbować. Na swoim zaściankowym portalu faktypilskie.pl, pełnym wieśniackiego obskurantyzmu zafundował ludowi okupującemu Żabkę i Dino w pogoni za puszkami i flaszkami po użyciu, poemat prozą „Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO”. Dobry zwyczaj domaga się, żeby lud mógł dyskutować o treści artykułu zamieszczonego w Internecie. Ale nie na portalu faktypilskie.pl, zawiadywanym przez obskuranta Mariusza Szalbierza. On kocha spokój dupą do góry. Nie da zatem pola do prezentacji poglądu odmiennego od preferowanej koncepcji hejterstwa Lemanowicza przeciwko subtelności, damskiej osobowości Szalbierza. Toteż jako administrator portalu wywala niebłagonadiożnyje wpisy krytyczne zostawiając ordynarne, plugawe komentarze autorów kliki mafijnej zorganizowanej w Czarnym Baranie Pikadora, jako emanacji Grupy Pościgowo - Szpiegującej 100Kłosy. W rzeczywistości taka robota Szalbierza, to klęska moralna, intelektualna i emanacja hejtu zwanego z łaciny pieszczocha odium, czyli nienawiści do gościa, który nie akceptuje zbrodni Mariusza Szalbierza, choć minęło20 lat. Zbrodnie mogą się przedawnić po 35 latach. Data dodania komentarza: 5.08.2026, 12:16 Źródło komentarza: Pilski hejter upomniany przez prezesa UODO
Reklama
Reklama