Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
To trzeba wiedzieć:
Reklama

Ona maluje jak van Gogh, on wygląda jak van Gogh: Ania z Nowego Buczka i Robert z Trzcianki  

Anna Kluza i Robert Gulaczyk z filmu „Twój Vincent” w Pile: Obraz, który pojawił się w trailerze, na bilbordach i plakatach promujących film, znają już wszyscy. Ale nie wszyscy wiedzą, że namalowała go Ania z Nowego Buczka w gminie Lipka. I że w postać Vincenta van Gogha wciela się tu Robert z Trzcianki
Ona maluje jak van Gogh, on wygląda jak van Gogh: Ania z Nowego Buczka i Robert z Trzcianki  

W „Loving Vincent” („Twój Vincent”) połączono dwa światy: malarstwa i filmu. To polsko-brytyjska koprodukcja, która zachwyca ludzi na całym świecie (film jest dystrybuowany w 135 krajach świata). Otrzymał już wiele nagród; jest i szansa na nominację do Oscara…  

Obraz, który pojawił się w trailerze, na bilbordach i plakatach promujących film, znają już wszyscy. Ale nie wszyscy wiedzą, że namalowała go Ania z Nowego Buczka w gminie Lipka. I że w postać Vincenta van Gogha wciela się tu Robert z Trzcianki

***

Ania Kluza z Nowego Buczka niedaleko Piły i Robert Gulaczyk – także z regionu pilskiego - z Trzcianki wchodzą do historii kina. On ze swoją kreacją aktorską, ona – dzięki pracy animatora i malarza. Oboje pracowali przy niezwykłej produkcji filmowej jaką jest film „Loving Vincent” – „Twój Vincent” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana. To pierwsza animacja malarska opowiadająca o życiu i śmierci malarza holenderskiego Vincenta van Gogha.

Na ten niezwykły i… szalony wręcz pomysł wpadła wspomniana malarka Dorota Kobiela. Początkowo myślała o 7 minutowej fabule. Jej – również życiowy – partner Hugh Welchman namówił ją, aby zrobić film pełnometrażowy. Od chwili pojawienia się pomysłu do premiery minęło 10 lat. Od chwili gdy zaczęli zbierać fundusze na realizację obrazu – 7. Malarska część projektu zajęła 2 lata. Do powstania ponad 80-minutowego filmu trzeba było namalować 65 tysięcy malarskich klatek. To 12 obrazów na sekundę! Każda z tych klatek została namalowana ręcznie w technice olejnej i naśladuje styl Vincenta van Gogha. Oglądając film, widzimy jak ożywają na ekranie postaci z płócien mistrza: listonosz Roulin, doktor Gachet, widzimy mieniące się w słońcu wnętrze Żółtego Domu w Arles, podglądamy jak miejscowi odwiedzają kawiarnię w miasteczku.

W projekcie wzięło udział 125 zawodowych malarzy z 20 krajów świata (zgłoszenia wysłało 5 tysięcy!). Ale Ania Kluza i Robert Gulaczyk to nasi ludzie, z Polski, co więcej - z regionu pilskiego. Ania pochodzi z Nowego Buczka (w powiecie złotowskim, w gminie Lipka), Robert – z Trzcianki. Ania przy tej produkcji była supervisorem – odpowiadała m.in. za testowanie i szkolenie malarzy, a potem za nadzorowanie ich pracy. Ale co istotne, jako artystka, sama zrealizowała kilka najbardziej ambitnych klatek filmu. Po prostu animowała i malowała ten film! Robert – obecnie aktor Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy - który swoją przygodę z teatrem zaczynał w Pile, na deskach pilskiego Teatru Miejskiego, w Teatrze Wirtualnym Eweliny Wyrzykowskiej, zagrał natomiast samego mistrza - geniusza Vincenta Van Gogha…

Film zbiera kolejne i kolejne nagrody. W ostatnich dniach otrzymał Europejską Nagrodę Filmową w dziedzinie filmu animowanego (tzw. Europejskie Oskary przyznawane przez Europejską Akademię Filmową) i został nominowany do „Złotych Globów” (wręczane 7 stycznia). Pytanie brzmi: Czy będzie także oskarowa nominacja?     

 

Przypadek i determinacja

Jak trafili do pracy przy tym niezwykłym filmie?

-  W zawodzie aktora potrzeba dużo szczęścia, by osiągnąć sukces. Często decyduje o tym przypadek. Ze mną rzecz wyglądała tak, że ekipa, która robiła pierwsze przymiarki do filmu, miała siedzibę w budynku byłej wytwórni filmów we Wrocławiu, gdzie także mieści się moja agencja aktorska. Szukali m.in. u nas statystów, a że nie mieli jeszcze odtwórcy roli Vincenta, przeglądali zdjęcia także pod tym kątem. I Dorota Kobiela wypatrzyła mnie. Co dziwne, ja wtedy nie nosiłem kompletnie zarostu! Kiedy później rozmawialiśmy, powiedziała, że zobaczyła to coś w moich oczach. Potem dostałem smsa z pytaniem jak radzę sobie z angielskim. Radzę sobie komunikatywnie, ale nie tak, by podjąć się pracy w tym języku… - tak odpisałem. I sprawa ucichła na 10 dni. A potem był telefon: słuchaj, oni się bardzo uparli na ciebie, uważają, że jesteś podobny do van Gogha, przyjedź na rozmowę. Miałem wtedy 31 lat i pierwszy raz w życiu usłyszałem, że jestem podobny do Vincenta! Następnego dnia byłem już na rozmowie i już kręciliśmy pierwsze ujęcia.

Inaczej było z Anią.

- Gdzieś przypadkiem na początku 2013 roku w necie zobaczyłam trailer z informacją, że jest pomysł na taki film. Absolutnie się zachwyciłam! Nakręciłam się tak, że postanowiłam napisać do firmy i się zgłosić. Było to dość odważne z mojej strony, bo wówczas ja już od 6 lat nie zajmowałam się malarstwem. Skończyłam bardzo dobre Liceum Plastyczne w Bydgoszczy, a potem studiowałam i ukończyłam rzeźbę. Ale ten projekt i pomysł mnie tak zafascynowały, że bardzo, ale to bardzo chciałam wziąć w tym udział. Wysłałam portfolio. Odpowiedzieli i zaprosili mnie na testy do Łodzi. Tam musiałam skopiować obraz van Gogha – malowałam doktora Gacheta – i  przygotować 7-klatkową animację. Było to dla mnie wyzwaniem, ponieważ w danym mi czasie musiałam najpierw zapoznać się z programem animacyjnym, z którym wcześniej nie miałam do czynienia. Przeszłam testy i zostawałam zaproszona na 6-tygodniowe szkolenie do Gdańska – opowiada Ania Kluza.  

 

Jak to jest zrobione?

Ten wyjątkowy film realizowany był m.in. w Centrum Technologii Audiowizualnych (CeTA), które jest koproducentem animacji. Najpierw m.in. we Wrocławiu, w studiu filmowym w CeTA, realizowane były zdjęcia z udziałem aktorów. Zaaranżowano tam sceny z obrazów Vincenta van Gogha. Aktorzy musieli odegrać je na podstawie scenariusza, jak w normalnym filmie, choć grali najczęściej nie w przygotowanej scenografii, a na zielonych i niebieskich tłach. To było m.in. zadanie Roberta Gulaczyka.

- Wszystko, co państwo widzieli na ekranie zostało nakręcone w studiu. Mieliśmy zbudowane tylko dwie scenografie rzeczywiste: to pokój, w którym Vincent zmarł, w gospodzie – on był zbudowany w studio w Londynie, i druga scenografia to otoczenie gospody, przy której stoją stoliczki, panowie piją… Były to dwie scenografie 1:1.  Natomiast całą resztę kręciliśmy na zielonych lub niebieskich tłach. Dla niektórych aktorów było to trudne. Ja nie miałem z tym żadnego problemu. Myślę, że wynikało to z faktu, że mam ponad 10-letnie doświadczenie teatralne. W teatrze mam często do zagrania scenę taką, że patrzę w gwiazdy, a tak naprawdę widzę sufit, z którego odpada tynk. To kwestia wyobraźni – mówi Robert. I dodaje: - Dla mnie znacznie trudniejsze było utrzymanie w sobie emocji Vincenta… Bo ja nosiłem w sobie jego emocje, a to nie są proste rzeczy. Uwielbiam swój zawód, ale kiedy ma się do zagrania człowieka, który popełnia samobójstwo z samotności, nie da się od tego w żaden sposób odciąć. Myślisz o tym wstając rano, myślisz robiąc kawę, pracując, idąc do kina..  Na każdym kroku. I nie może ci to wyjść z głowy. Czytasz kolejne książki o nim, czytasz książki, które on czytał… I to wszystko zaczyna zlepiać się w jakąś taką układankę, zaczyna się rozrastać jak wielka pajęczyna, w którą  emocjonalnie jesteś uwikłany. To nie jest proste. Ale to fantastyczna przygoda.

Powstałe zdjęcia były poddawane postprodukcji, a potem wkraczali do pracy malarze tworząc na ich podstawie obrazy. Najpierw ci, którzy tworzyli pierwsze, kluczowe klatki filmowych ujęć. Wśród nich nasza Ania Kluza ze swoim niezwykłym talentem i artystyczną wizją. Dopiero na podstawie tych pierwszych klatek danego ujęcia, tych wzorów, powstaną potem kolejne – łącznie 65 tysięcy.

- Ponieważ zgłosiłam się do projektu na samym początku i przeszłam testy, byłam w tej grupie wyżej i gdy już rozpoczęły się na dobre poszukiwania malarzy, ja już coś wiedziałam. Stąd zostałam jednym z sześciu supervisorów. Najpierw testowałam artystów, którzy się zgłosili, potem uczestniczyłam w szkoleniach, a gdy już ruszyły zdjęcia – nadzorowałam ich pracę. Miałam w swojej grupie 25 malarzy. Ich malowanie trzeba było mocno kontrolować, nie było tu żadnej samowolki; m.in. pilnowaliśmy, by nie zostały przeoczone ważne dla ujęcia, dla emocjonalnego wyrazu filmu, klatki, by zagrane przez aktorów uczucia, ich mimika, nie zostały pominięte, by zgadzały się też tzw. referencje rzucane na podobrazie – mówi Ania.

Zajmowała się także określaniem zakresu barw dla konkretnych ujęć, których malarze musieli się absolutnie trzymać. Nie mogły być one przypadkowe, nawet podobne, w kolejnych klatkach. Musiały być identyczne, gdyż w animacji zmiana koloru była natychmiast widoczna. – Byłby widać np. że komuś nagle ciemnieje twarz, albo zmienia się kolorystyka tła. 

Robert Gulaczyk jest zdania, że do filmu emocjonalnie przeszło absolutnie wszystko, co zagrał, co oddał podczas filmowych zdjęć.   

- Kiedy dostałem pierwsze informacje o tym, że to film animowany i że mam zagrać w tym filmie, ponieważ jestem podobny do van Gogha, pomyślałem w duchu: na cholerę im aktor, skoro to film animowany?! Nie miałem wyobrażenia, jak to ma wyglądać, bo przecież do tej pory nie robiło się takich rzeczy… A gdy obejrzałem pierwsze materiały z filmu, nie maiłem już żadnych wątpliwości, że ta rola aktorska jest tu bardzo ważna, bo te wszystkie emocje w tym filmie widać. Pamiętam emocje z planu i mam poczcie, że to wszystko przeszło do filmu: drobna łza w oku, półuśmiech, rodzaj zawstydzenia - to wszystko tam widać.. Malarze czerpali z nas, starali się oddać to, co było na naszych twarzach i przetworzyli to malarsko.

 

Ikona filmu

Z obrazem namalowanym przez Anię, z wizerunkiem Roberta w roli odwracającego się Vincenta van Gogha, który pojawił się w trailerze i na plakatach, wiąże się zabawna historia.

- Namalowanie tego obrazu z filmowego ujęcia było moim pierwszym zadaniem jakie otrzymałam na  testach – opowiada Ania – Było to więc moje „być albo nie być” w tym projekcie. Reżyserka Dorota Kobiela tak zachwyciła się tym co zrobiłam, że obraz trafił do trailera, a teraz jest ikoną tego filmu. A film jest dystrybuowany w 135 krajach.. Mój obraz znany jest wszędzie… 

- Ciekawe jest to, że nakręcone ujęcie, które następnie zostało namalowane przez Anię, było także pierwszym ujęciem jakie nakręcono ze mną… To był z kolei mój test! - dodaje Robert.   

Ania jest bardzo z siebie dumna, ale dla niej to przede wszystkim ogromne wyróżnienie.

Robert też czuje się wybrańcem losu. Zwłaszcza, że sam nigdy nie zabiegał o popularność.

- Ja nigdy nie walczyłem o to i nigdy  nie będę. Dla mnie najistotniejsza jest moja własna satysfakcja. Jeśli będę miał do wyboru ciekawą rolę w teatrze i byle jaką w filmie, zawsze wybiorę ciekawą rolę w teatrze. Będzie zdecydowanie mniej pieniędzy, ale więcej satysfakcji.

Teraz jednak propozycje filmowe mogą sypać się jak z rękawa… Po „Vincencie” już zagrał w filmie Adama Sikory „Outsider” – premiera wiosną.

 

Vincent u Vincenta

 - W pierwszym momencie, gdy otrzymałem tę propozycję, przestraszyłem się tej odpowiedzialności, że przyjdzie mi zagrać geniusza… - opowiada Robert Gulaczyk - Ta myśl na początku bardzo mnie sparaliżowała. No bo jak zagrać geniusza… Z perspektywy aktora, to ślepa uliczka. Starałem więc znaleźć w nim człowieka. A tego człowieka zobaczyłem głównie w listach które pisał do brata. I zaprzyjaźniłem się z nim. Dzisiaj mam w domu co najmniej kilkanaście książek o van Goghu – w większości są to albumy, ale jest też kilka opasłych biografii, są jego listy. Mam też portret wzorowany na niebieskim autoportrecie van Gogha, który namalowała mama mojej partnerki, która jest malarką. Dostałem go pod choinkę.  Jest też drugi obraz nieznanej mi malarki, przeróbka van Gogha z moją podobizną, prezent na zakończenie sezonu od grupy teatralnej dorosłych i seniorów, którą prowadzę w teatrze w Legnicy.

- Co dała mi ta rola? Poczucie pewności, że wiem, co chcę robić, że to co robię jest dobre. Taką pewność, która pozwala ci się wypiąć na cały świat i robić swoje w sposób jaki ty chcesz. Każdy artysta chcąc robić coś dobrze, musi w to mocno wierzyć. Po „Vincencie” mi tej wiary już nic nie zabierze. To jest moja nagroda za tę rolę – dodaje Robert Gulaczyk.  

Edyta Kin

_____________________________________________________________________________________

Czy będzie nominacja do Oskara?

O nominację do Oscara 2018 w kategorii „Najlepszy pełnometrażowy film animowany” walczy polsko-brytyjska animacja „Twój Vincent” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana. Na wstępnej liście znalazło się 26 pełnometrażowych animacji. W gronie kandydatów są m.in.: „Coco”, „Lego Batman: Film”, „Dzieciak rządzi” czy „Gru, Dru i Minionki”. Wśród pretendentów do statuetki jest też wyprodukowany przez Angelinę Jolie „The Breadwinner”, a także artystyczna animacja oparta na opowieściach braci Grimm „Dziewczyna bez rąk”.

Można uznać, że konkurencja jest spora, ale przecież nasz „Vincent” to produkcja jedyna w swoim rodzaju.. Jeszcze nikt dotąd nie namalował pełnometrażowego filmu, klatka po klatce! Zaciskajmy mocno kciuki! Oficjalne ogłoszenie listy nominacji zaplanowano na 23 stycznia.  

___________________________________________________________________________________

 

Anna KLUZA (ur. w 1985 r. w Czarnkowie). Ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. W 2010 r. - Akademię Sztuk Pięknych na wydziale rzeźby.  Zajmuje się scenografią, projektuje, aranżuje. Trzy lata swojej artystycznej kariery poświęciła na pracę przy filmie „Twój Vincent”.   

Robert GULACZYK (ur. 1883 r.) Ukończył Wydział Lalkarski wrocławskiej PWST. Od 2009 r. związany jest z Teatrem im. H. Modrzejewskiej w Legnicy od 2009 roku. Wcześniej aktor wrocławskiego teatru offowego Zakład Krawiecki i Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze. W trakcie studiów we wrocławskiej PWST stypendysta Prezydenta Wrocławia. 

 

 

 

 



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Ostatnie komentarze
Autor komentarza: MaSzTreść komentarza: Nasz ulubiony kochaś medialny Mariusz o nazwisku strasznie chuujowym dalej rozporządza swoim funeralnym portalikiem w stylu "Error 1006". To jest śmierć dziennikarstwa, żurnalistyki i reportażu. Ale jak się chleje w pracy, to wyjściem awaryjnym jest cmentarny spokój terrorysty z guzikiem "ban". Jeden klik i można dalej spokojnie spożywać wódkę i piwo do zbydlęcenia.Data dodania komentarza: 22.01.2026, 15:27Źródło komentarza: „Szydercy” - odcinek 21.Autor komentarza: sp-nia Pracy "Trzeźwość"Treść komentarza: 584 łyki, to dopiero balanga alkoholowa.Data dodania komentarza: 19.01.2026, 15:06Źródło komentarza: „Szydercy” - odcinek 11.Autor komentarza: CognacTreść komentarza: Za utrwalacz przeważnie robi piwo. Ale w środowiskach z wyższej sfery sfrancuziałej patologii potrzeba mocniejszego kopa. Jak kto przelicza zarobek na półlitrówki wódki, to o czym tu gadać?Data dodania komentarza: 19.01.2026, 12:53Źródło komentarza: Czy wolno podsłuchiwać obywateli? Nie! A czy wolno ich nagrywać?Autor komentarza: na tematTreść komentarza: Czy Mariusz Szalbierz w swojej relacji z podsłuchania trzech osób w Próchnowie przez grupę nagrywaczy z Tygodnika Nowego, polegającej na publikacji spisanego z nośnika dźwięku przebiegu rozmowy, zilustrował swoją pracę dziennikarską sfałszowanym wizerunkiem uczestniczki rozmowy w Próchnowie, którą zawiesił na rzeźnickim haku? Czy jest to praca dziennikarska, czy ubecka z symbolem ormowca w tle?Data dodania komentarza: 17.01.2026, 16:14Źródło komentarza: Czy wolno podsłuchiwać obywateli? Nie! A czy wolno ich nagrywać?Autor komentarza: MnemozynaTreść komentarza: 2006-01-25 09:32:27 Gumowe ucho IP: 83.16.217.54 W związku z rozpisanym przez Tygodnik Nowy konkursem ,,Kameleon’’ zgłaszam jako kandydata do tego tytułu Janusza Lemanowicza, pospolicie znanego jako ,,mąż swojej żony’’. Uzasadnienie: komentując na stronie internetowej Tygodnika Nowego materiał ,,Opiekunka starszej pani’’ Janusz Lemanowicz wystąpił tam pod 13 postaciami. Dowód: posługiwanie się przy każdym wpisie tym samym komputerem o adresie IP: 83.16.217.54. W związku z rozpisanym przez Tygodnik Nowy konkursem ,,Kameleon’’ zgłaszam jako kandydata do tego tytułu Janusza Lemanowicza, pospolicie znanego jako ,,mąż swojej żony’’. Uzasadnienie: komentując na stronie internetowej Tygodnika Nowego materiał ,,Opiekunka starszej pani’’ Janusz Lemanowicz wystąpił tam pod 13 postaciami. Dowód: posługiwanie się przy każdym wpisie tym samym komputerem o adresie IP: 83.16.217.54. I tak: 1). 4 stycznia 2006 o godz. 16:40:27 Janusz Lemanowicz wystąpił na stronie internetowej TN jako Janusz Lemanowicz, zarzucając nam podanie we wspomnianym artykule nieprawdy. Dwa tygodnie temu dowiedliśmy, że to nie my w swoim tekście, a właśnie J. L. w komentarzu do niego dopuścił się bezwstydnej manipulacji. 2). 4 stycznia 2006 o godz. 21:39:05 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,Mariusz’’, ,,zbulwersowany okładką TN’’. ,,Ludzie mają dość tego szmatławca’’ – zagrzmiał. 3). 5 stycznia 2006 o godz. 00:58:42 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,ten, co wie’’, zarzucając nam ,,łajdactwo w najgorszym wydaniu’’, metody ,,od Minca i Bermana, od Noski i Szalbierza’’ oraz ostrzegając, że ,,kręcimy sobie bata na swoją nieatrakcyjną parszywą dupę’’. 4). 8 stycznia 2006 o godz. 23:51:26 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,obserwator z osiedla’’, który ,,podpisuje się pod wpisem sąsiadów’’. 5). 9 stycznia 2006 o godz. 13:19:53 Janusz Lemanowicz wystąpił jako JL, ględząc coś o ,,kryterium prawdy’’. 6). 9 stycznia 2006 o godz. 17:30:48 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,sąsiad M.Ś.’’, pocieszając sam siebie: ,,Szkoda pisania panie L. Do tej hołoty to nie dociera. (…) W TN same kłamstwa. Myślę, że kiedyś będą musieli za wszystko zapłacić’’. 7). 9 stycznia 2006 o godz. 22:59:35 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,M.J.’’, pisząc m.in.: ,,Jestem młodym wolontariuszem, ale nie wyobrażam sobie, żeby pracować z tak ciężko chorą osobą przez wszystkie dni tygodnia po 24 godziny na dobę i przez 5 lat bez wynagrodzenia’’. 8). 9 stycznia 2006 o godz. 23:32:44 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,Zarząd Stowarzyszenia Hospicjum Piła’’ i po części jako ,,mąż swojej żony’’. 9). 10 stycznia 2006 o godz. 12:50:19 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,Aleksander Kiepel’’ pisząc: ,,Wstyd Panie Redaktorze’’ i życząc mi ,,dobrego samopoczucia’’. 10). 10 stycznia 2006 o godz. 16:06:04 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,Jarek Z.’’, pisząc o Tygodniku Nowym: ,,to nie gazeta, to szmata’’. 11). 12 stycznia 2006 o godz. 16:02:00 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,Agnieszka S.’’, która popiera Janusza Lemanowicza jako ,,Jarka Z.’’ słowami: ,,Zgadzam się z Panem Jarkiem. Nic dodać, nic ująć’’. 12). 15 stycznia 2006 o godz. 00:36:25 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,zwolniony z Farmutilu’’, radząc autorce artykułu ,,uporządkować swoje własne sprawy’’, mnie zaś: ,,Panie Szalbierz, pofolguj pan’’. 13). 16 stycznia 2006 o godz. 16:21:43 Janusz Lemanowicz wystąpił jako ,,gumowe ucho’’, popierające wypowiedź Janusza Lemanowicza jako ,,zwolnionego z Farmutilu’’. Wniosek: IP to unikalny adres, przypisany konkretnemu komputerowi. Teoretycznie można założyć, że wszystkie wymienione wyżej osoby wpisały się naprawdę, a Janusz Lemanowicz tylko udostępnił im w tym celu swój sprzęt. W rzeczywistości szybciej uwierzę w niezwykłość gamety, która spowodowała pojawienie się Janusza Lemanowicza, niźli w to, że około północy przy jego klawiaturze zasiadł ,,obserwator z osiedla’’, o ,,zwolnionym z Farmutilu’’ nie wspominając. Ech, panie Lemanowicz, szczerze mi Pana szkoda. Tyleś się Pan naprodukował i wszystko o kant kloaki rozbić! Kameleon Szczęściarze 1.3.2006 Redakcja rozdaje nagrody. 3.500 złotych trafiło do trójki szczęściarzy, uczestników konkursu TN „Kameleon 2005”. Jakiś czas temu redakcja TN ogłosiła konkurs pod nazwa „Kameleon 2005”. Czytelnicy wybierali w nim osobę, która – ich zdaniem – charakteryzuje się dużą zmiennością poglądów, postaw czy działań i do złudzenia przypomina w tym stworzenie zwane kameleonem. Po rozstrzygnięciu konkursu wśród czytelników rozlosowano trzy cenne nagrody w bonach towarowych do sieci sklepów PPH Farmutil... "Kameleon"’ przechodni 8.3.2006 Zdrowie Henia! Mimo naszego publicznego zaproszenia, Janusz Lemanowicz, laureat konkursu ,,Kameleon’ 2005’’, nie zgłosił się do redakcji po odbiór okolicznościowej statuetki. Odczekawszy zatem w ubiegły czwartek studencki kwadrans, zwołaliśmy w trybie nadzwyczajnym kolegium redakcyjne, aby zadecydować o dalszym losie nagrody. Około połowy drugiej flaszki wykrystalizowały się w tym temacie dwie koncepcje. Wedle pierwszej, forsowanej przez red. Annę Czaplę, ,,Kameleon’’ miałby trafić na aukcję w Radiu ,,100’’, a uzyskane tym sposobem pieniądze przeznaczone byłyby na urozmaicenie diety kameleonów jemeńskich (Chamaeleo calyptratus), zamieszkujących stare ZOO w Poznaniu. Zwolennicy drugiej opcji chcieli pójść na łatwiznę i wysłać statuetkę pocztą, napotkali jednak na sprzeciw naszej bardzo skrupulatnej księgowej, która przypomniała, że odbiór każdej zakupionej przez redakcję nagrody musi zostać potwierdzony na stosownym kwicie. Negocjacyjny pas przerwała dopiero zmiana popitki na sok grejpfrutowy. Okazało się, że specyficzna aromatyczna goryczka zadziała odświeżająco także na nasze umysły, albowiem teraz już bardzo szybko - i to zdecydowaną większością głosów - postanowiliśmy o przekształceniu ,,Kameleona’’ w nagrodę przechodnią. Stara to prawda, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jakby nie było, zaoszczędziliśmy na Lemanowiczu stówę z hakiem. Nie licząc kawy, ciastek, lampki koniaku i symbolicznego terrarium na ewentualną przyszłą gametę naszego laureata. Tygodnik Nowy 2006-03-08 10:59:10Data dodania komentarza: 17.01.2026, 14:05Źródło komentarza: Czy wolno podsłuchiwać obywateli? Nie! A czy wolno ich nagrywać?Autor komentarza: ciekawska podfruwajkaTreść komentarza: Czy razem jest to 2572 wpisy wrogie?Data dodania komentarza: 16.01.2026, 14:22Źródło komentarza: "Szydercy" - odcinek 22.
Reklama
Reklama